Mój pierwszy raz. Radosław Malinowski: Nie było zadaszenia, a dookoła krzaki [FOTO]

image_pdfimage_print

Jakie marzenie ma bohater mojej dzisiejszej rozmowy? Jest to podróż do niepoznanych dotąd krajów, a może koncert live jakiejś wybitnej gwiazdy, a może…? No właśnie, jakie marzenie ma dyrektor POKiS-u?

Poznałam Radosława Malinowskiego, kiedy już pracował w Płockim Ośrodku Kultury i Sztuki. Zawsze elegancki – wszystkie elementy jego ubioru dobrane z idealnym wyczuciem gustu i smaku. Za każdym razem kiedy się spotykamy, nawet w biegu – a często się to zdarza, znajduje czas aby zatrzymać się na chwilę, zamienić parę zdań – co słychać, jak zdrowie? W dzisiejszych czasach bardzo trudno spotkać takich ludzi. Każdy gdzieś gna, pędzi, biegnie za czymś co pozornie nazywa „życiem”.

Bolidem na wagary

Tradycyjnie już zaczynam rozmowę od dzieciństwa, bo to przecież ten okres w życiu wspomina się najczęściej. Bez względu na to czy było ono złe czy dobre, każdy ma w pamięci ten etap życia. Jakie wspomnienie z tego czasu najbardziej utkwiło w pamięci Radosława Malinowskiego? Mój rozmówca zamyśla się na chwilę. –  Jest taki film Stanleya Kubricka z 1980 roku, kinowa adaptacja „Lśnienia” Stephena Kinga – zaciekawia mnie początkiem opowieści. –  Jednym z bohaterów filmu jest mały chłopiec, który ciągle jeździ na trójkołowym rowerku. Co prawda nie miałem nigdy zdolności parapsychicznych, a moje dzieciństwo to raczej sielanka, a nie horror – uśmiecha się. – Najmłodsze lata spędziłem właśnie w siodełku takiego bolidu. Przejechałem na nim chyba tysiąc kilometrów, przemierzając wszystkie zakamarki sześćdziesięciometrowego mieszkania – przenosi mnie w czasie do czasów małego Radka.

A czy dyrektor chodził kiedyś na wagary? I czy pamięta te pierwsze? – Na wagary zacząłem chodzić dopiero w liceum. Latem potrafiliśmy z kolegami „urwać się” na godzinę lub dwie i większość tego czasu spędzaliśmy na Tumskim Wzgórzu, w amfiteatrze lub nad Wisłą. Pamiętam, że aby zejść nad Wisłę nie używaliśmy schodów jak cywilizowani ludzie, tylko zbiegaliśmy bezpośrednio ze skarpy po linii prostej na sam dół. Osobiście nie polecam, ale wagary wspominam bardzo miło, na nich miałem sporo swoich „pierwszych razów” – śmieje się.

Od papieża do amfiteatru

Jeżeli ktoś jeszcze nie poznał Radka, to koniecznie musi wiedzieć, że to jest taki dobry duch wszystkich imprez kulturalnych, które odbywają się w naszym mieście. Widać gołym okiem, że to lubi i poświęca się temu co robi. Domniemywam zatem, że jako dziecko czy młodzieniec miał idola związanego z muzyką, jak bardzo się mylę… – W dzieciństwie zawsze mówiłem, że chciałbym zostać papieżem. Do dzisiaj moja mama śmieje się z tego, rozmawiając z moją córką Amelką o tym co chciałaby robić w przyszłości. Opowiada jej, jaki tata był w dzieciństwie ambitny i że mierzył wysoko. Z tych planów nic nie wyszło ale też jest fajnie – wyraźnie się ożywia, bo widzi jak bardzo jestem zaskoczona odpowiedzią. – Ale jako nastolatek słuchałem „ciężkich” dźwięków: Metallica, Pantera, Sepultura, Depeche Mode. Nirvana, Rage Against the Machine itp. Artyści z tych zespołów byli wtedy moimi idolami. Wyciągnięty czarny sweter, rurki, glany, każdy włos w inną stronę – taki był wtedy „fame” – dodaje, puszczając tzw. „oczko”.

Skoro już doszliśmy do muzyki i idoli. Jaki był pierwszy koncert, który Radosław Malinowski zapamiętał? – O ironio! – słyszę wyraźne rozbawianie w głosie bohatera wywiadu. –  Moje pierwsze zapamiętane koncerty związane są z płockim amfiteatrem. Wtedy nie było tam zadaszenia. Stare, częściowo połamane deski zamiast siedzeń, dookoła krzaki. Betonowa malutka scena i półokrągła biała ściana, która była horyzontem. Chodziłem tam z rodzicami jako małe dziecko – wspomina. – Występy zespołów folklorystycznych robiły na mnie zawsze duże wrażenie. Zastanawiałem się jak oni to robią, że to wszystko ze sobą tak dobrze wygląda. Bez nagłośnienia, w trzydziestostopniowym upale. Siedząc tam przez dwie godziny w krótkich spodenkach, nogi zawsze miałem opalone do połowy. To było zawsze prawdziwe święto, zwłaszcza, że potem były lody i oranżada w foliowej torebce albo z saturatora – znowu swoją opowieścią przenosi mnie w czasie.

Przez księżyc do marzeń

Znam trochę przeszłość zawodową dyrektora, nie mogę zatem nie zadać pytania związanego z pierwszym wywiadem, którego udzielił? – Pierwszego profesjonalnego wywiadu udzieliłem akurat dla Telewizji Polskiej gdy pracowałem w biurze prasowym wojewody mazowieckiego – odpowiada bez zastanowienia. – Pamiętam, wtedy dotyczyło to chyba blankietów mandatowych dla policji. Byłem strasznie zestresowany ale przygotowany. Przyjechała ekipa na setkę i pojechała. A ja czekałem z wypiekami na twarzy do emisji Kuriera Telewizyjnego, gdzie miał ukazać się ten wywiad. No i ukazał się. Zdziwiony byłem nie tym co mówiłem ale jak wyglądałem – śmieje się głośno. – Wtedy zrozumiałem co to znaczy, że telewizja pogrubia. Nie miałem nadwagi, a moja twarz wyglądała jak księżyc w pełni, ledwo siebie poznałem.

POKiS to kolejny etap w życiu mojego rozmówcy. Jak wyglądał pierwszy dzień w nowej pracy? – Kiedy przyszedłem pierwszy dzień do pracy w Płockim Ośrodku Kultury i Sztuki, pomyślałem sobie, że to jest ten dzień gdy biorę na siebie ogromną odpowiedzialność, i że nie ma już żartów. Poznałem wtedy ludzi, którzy mimo swojej bardzo dużej indywidualności stanowią jeden organizm. To mi się spodobało, bo dostrzegłem możliwości, których do tej pory nie zauważałem. Miałem ten komfort, że pełniącym obowiązki dyrektora był w tamtym czasie Radek Łabarzewski, z którym znałem się z mojej wcześniejszej pracy w Teatrze Dramatycznym. Jego roztropne podejście do mnie, jako do swojego nowego zastępcy, bardzo mi pomogło. Pomyślałem również, że czeka mnie tu bardzo ważny okres w moim życiu… i się nie pomyliłem – stwierdza jednoznacznie.

Czas kończyć naszą rozmowę, ale żeby nie było jedynie wspomnień, pytam o przyszłość i marzenie – takie jedno, którego jeszcze nie przeżył Radek Malinowski, a byłoby jego pierwszym? – Mam wiele marzeń tych większych i mniejszych i staram się je sukcesywnie realizować jeżeli tylko nadarzy się okazja – odpowiada konkretnie. – Jednak moim największym marzeniem jest aby moja córka była zdrowa, żyła długo i szczęśliwie. Aby przeżyła życie nie żałując ani jednego dnia – wzrusza mnie swoją odpowiedzią.

Oczywiście życzę Radosławowi Malinowskiemu aby jego marzenie się Spełniło – celowo używam dużej litery. Dziękuję za wywiad i czas, który mój rozmówca mi poświęcił w poniedziałkowe, pełne obowiązków przedpołudnie.

Fot. Archiwum prywatne Radosława Malinowskiego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*