Mój pierwszy raz. Dariusz Bógdał: Stodoła rzuciła się na nas [FOTO]

image_pdfimage_print

– Podniebny włóczęga, zajmujący się fotografią i filmem lotniczym – tak skromnie bohater dzisiejszej rozmowy mówi o sobie. Ma wiele talentów, których nie marnuje. Stara się je wykorzystywać i…nie stać w miejscu. Cały czas coś robi, nad czymś pracuje. Przy tym wszystkim znajduje czas dla przyjaciół i na „pochłanianie” dobrej literatury. Do tego jest świetnym mówcą z niesamowitym poczuciem humoru i wesołymi przygodami…

Za rok minie dokładnie dwadzieścia lat, kiedy po raz pierwszy raz oderwał się od ziemi. Od 2002 roku przemierza Polskę poszukując i przybliżając piękno, które dane jest oglądać nielicznym. Latał w około 500 miejscach naszego kraju. 60 razy przeleciał całą długość polskiego wybrzeża.

Jest laureatem Grand Press Photo, finalistą festiwalu Photo Espana w Madrycie, a także autorem wielu wystaw fotograficznych, między innymi; w warszawskiej Kordegardzie i Muzeum Narodowym w Gdańsku. – Żyję żeby latać, latam żeby żyć – tak krótko podsumowuje swoją życiową pasję. A największą miłością jego życia jest syn Wojtek – obecnie motoparalotniowy Mistrza Świata.

Spadochronem w kartoflisku

Każdy temat jaki staram się poruszyć z panem Darkiem Bógdałem, kończy się opowiadaniem o synu, albo o lataniu. Zatem w naszej rozmowie „Mój pierwszy raz”, nie męczę mojego rozmówcy innymi pytaniami. Wiem, że lata paralotnią ale czy spróbował kiedyś skoku ze spadochronem? – Mój pierwszy skok wykonałem w 1997 roku – odpowiada bez zastanowienia.

– Płyta lotniska aeroklubowego. Nie wspomnę jakiego, ale nie był to Płock. Przygotowuję się do swojego pierwszego skoku. Widzę kolejkę przy kultowym Antku AN2, która przechodząc obraca śmigło. Pytam instruktora co oni robią? Jak to co? – Sprężynę nakręcają – usłyszałem odpowiedź – śmieje się mój rozmówca. – Po spuszczeniu zastałego oleju z dolnych cylindrów, diabelska maszyna odpala robiąc łomot na pół powiatu. Wsiadamy. 12 osób, siedzimy na podłodze ściśnięci jak kolejka w sklepie mięsnym. Pilot dodaje gazu, strzały, z rur wydobywa się raz dym, raz ogień. Nagle silnik gaśnie… Pilot krzyczy: Wyskakiwać stery nie działają! – pan Darek śmieje się na samo wspomnienie.

– Ech… wysiadamy – kontynuuje obrazową opowieść. – Szkoda, dziś już nie polecimy. Zbieram sprzęt, markocąc pod nosem. Nagle hasło – zbierać się! Samolot już naprawiony! Coś tam chłopaki drutem skręcili i maszyna zadziałała. Stratujemy. Czuję wszystkie kretowiska, kiedy nagle wstrząsy się urywają i mam spokój pod czterema literami. Lecimy na 800m. Na tej wysokości wysiadam, starsi koledzy lecą wyżej. Wszystko było dobrze do momentu kiedy wyrzucający pokazał, żebyśmy się podnosili i podchodzili do drzwi. To był moment kiedy zrozumiałem, co może czuć osoba idąca na szafot – śmieje się głośno.

– Starszy kolega tłumaczył mi “nic nie rób, tylko licz, a jeśli doliczysz do 7 i czasza się nie otworzy, rzucaj zapas”. Stanąłem w drzwiach. Pola jak klepki w parkiecie. Przestrzeń. Chłodny strach. Klepnięcie. Skok. Samolot leci ok. 140 km na godzinę, plus ciśnienie strug od śmigła. Wyjście z samolotu przypomina zderzenie ze ścianą. Łapię powietrze, walczę z ciśnieniem próbuję złapać równowagę. Fru… Czasza się otwiera, czuję jakieś linki na szyi. Po chwili wiszę już bezpiecznie. Aaaaa… przecież miałem liczyć… Czas w powietrzu płynie inaczej. Gdyby czasza się nie otworzyła po 16 sek., byłbym w ziemi. Samolot odlatuje, macham chłopakom. Podziwiam widoki. Cisza. Radość. Patrzę w dół. Jestem nad osiedlem domków jednorodzinnych – oczy mojego rozmówcy nabierają niesamowitego blasku, jakby tam był w tej chwili.

– Wiatr powinien mnie zepchnąć nad płytę lotniska, jednak widzę, że za bardzo się obniżam, a za mało przybliżam do lotniska. Ten spadochron ma bardzo niewielką możliwość sterowania. Kombinuję, żeby nie wylądować na jakimś domu. Łup, gleba. Padam w jakieś ziemniaki, 20m od domu w surowym stanie. Jeeeest! Udało się! Skoczyłem – przeżyłem! Cień wrócił do mojego ciała – słyszę ulgę w głosie pana Darka.

– Tego dnia swój pierwszy skok oddawaliśmy we trzech. Jeden z kolegów wylądował na fundamentach domu. Drugi w sadzie. No cóż, wyrzucający się nie popisał….ale kto by mu to wyrzucał… – macha ręką z uśmiechem na ustach.

Magiczna stodoła

A pierwszy kontakt z paralotnią? – Po przygodzie ze spadochroniarstwem, przyszła kolej na paralotnie, które dają większą niezależność w lataniu – tłumaczy. – Lotnisko aeroklubu toruńskiego, instruktor i konstruktor skrzydeł paralotniowych, Piotr Dudek wyjmuje z worka glajta [paralotnię – przyp. red]. Przy spadochronie wojskowym skrzydło prezentuje się jak Leksus przy Zaporożcu – pan Darek uśmiecha się znacząco.

– Patrzę na linki niewiele grubsze od nici. Ja mam na tym czymś swoje życie zawiesić? Piotr rozkłada skrzydło, przypina się do liny od wyciągarki, przez radio pada komenda: “jazda,jazda, jazda!”, lina się napręża, skrzydło wstaje z ziemi, dziwna cisza, tylko złowrogi świst linek. Piotra już nie ma przy nas, w 15 sekund zamienił się w mały punkt zawieszony na wysokości Pałacu Kultury. Szczęka mi opadła…

Wróciłem do domu w rozterce, czy na pewno powinienem się tym zajmować, ale to były tylko takie myśli… ja, człowiek o duszy artysty antyterrorysty nie dam rady? Latać trzeba… pocieszała mnie świadomość, że najcieńsza z linek w paralotni ma 80 kg udźwigu. – opowiada, o wyzwaniu przed jakim stanął.

No ale przecież był ten pierwszy lot na paralotni? – A właściwie zlot – uświadamia mnie pan Darek. – Bydgoski Fordon, nomen omen, Dolina Śmierci. Luty. Mróz. Śnieg. Szukamy górki, z której można by wykonać pierwszy ślizg. Znajdujemy takową. Może 20m wysokości. Na dole stoi jedno drzewko, a może wielki krzak. W podręczniku paralotniowym jest taka grafika, gdzie jedyna palma na pustyni w magiczny sposób przyciąga paralotniarza.

Stawiam skrzydło, odrywam się od ziemi, robi się pięknie, ale nie ma czasu na kontemplowanie lotu, bo trzeba się przygotować do lądowania. Zgadnij na czym wylądowałem? – pyta mnie. – Tak, na tym właśnie jedynym krzaku – śmiejemy się obydwoje. – Jest coś magicznego w pierwszych lotach. Odczuwamy niezwykłe, hipnotyczne, przyciąganie przez niektóre naziemne przeszkody.

Kiedy uczyłem latać Wojtka, dałem mu do ręki sterówki w tandemie. Po chwili zauważyłem, że skręca i leci prosto w stodołę pobliskiego gospodarza. Czekam na jego reakcję, ale nic. Stodoła zaczyna nas przyciągać. Szarpnąłem za sterówkę korygując lot, “co Ty robisz!” wołam – “nie wiem”, odpowiedział mi zdziwiony Wojtek.

Miałem też swój pierwszy lot z Iloną – wspomina. – Odwiedziła mnie kiedyś koleżanka, której obiecałem lot. Przygotowujemy się do startu. Ilona podekscytowana, pełna napięcia, siedzi przede mną, czeka na swoją przygodę. Jazda, jazda, jazda! Ruszamy, odrywamy się od ziemi. Skrzydło zaczyna kierować się w stronę pobliskiej stodoły.

Jesteśmy na wysokości ok. 4m, było nie było pierwsze piętro. Pociągam prawą ręką, aby skorygować lot. Brak reakcji. Stodoła robi się co raz większa. Ilona odwraca się do mnie, a jej oczy też jakieś takie…duże – szkoda, że nasi czytelnicy nie widzą w tym momencie opowiadającego pana Darka. Osobiście podczas jego opowiadania czuję się, jakbym siedziała w kinowej sali i oglądała super film przygodowy. Nie sposób nie „widzieć” klatka, po klatce tego co fotograf opowiada. Słucham z zaciekawieniem dalej.

– Patrzę w górę, a sterówka spokojnie przypięta do magnesu. Trzymałem w ręce linkę gazu, ale zapomniałem o sterowaniu… Szybko chwyciłem uchwyt i energicznym ruchem skorygowałem lot skrzydła. – Widzisz Ilonka jak to jest, kiedy się stodoła na człowieka rzuci?” Chyba będzie trzeba napisać jakiś esej na temat paramagnetycznych właściwości stodoły w paralotniarstwie… – uśmiecha się bohater dzisiejszego wywiadu.

Niezwykły taniec nad morzem 

Trochę ze sobą rozmawiamy poruszając różne tematy. Staram się czegoś więcej dowiedzieć o panu Darku. Ponieważ ma w zanadrzu mnóstwo ciekawych przygód, mówię aby sam coś zaproponował, co było jego pierwszym, niezapomnianym przeżyciem.

– Opowiem o moim pierwszym tańcu z…trąbą powietrzną – mówi po chwili zastanowienia. – Lipiec 2006r. Otrzymałem zlecenie wykonania sesji zdjęciowej Helu. Wiaaaałoooo mocno, ale równo. Zdecydowałem się na lot. Poprosiłem dwóch panów na lotnisku w Jastarni, żeby trzymali mnie za uprząż w momencie stawiania skrzydła. Glajt w górę, dwa kroki i lecę. Przelatuję nad windsurferami pływającymi w Chałupach, kieruję się w stronę Swarzewa, gdzie korkuje się droga dojazdowa do Władysławowa. Kilka zdjęć i kierunek Karwia.

Lecę na wysokości 150 m. Nagle las pod moimi nogami zaczyna się dziwnie zachowywać. Tak jakby się dwie kobiety za włosy chwyciły… – tłumaczy obrazowo. – Silny podmuch zaczyna zabierać mnie w górę. Ochoo! termika, dobrze jest, nabiorę trochę wysokości za darmo. Patrzę na wysokościomierz, a tu cyferki wariują 200, 400, 500m. Na wysokości 600 m wiatr zaczął rzucać mną jak liściem, co chwilę łamiąc czaszę skrzydła, które wychodząc z kolejnych klap strzelało jak bat woźnicy. Niedobrze. Trzeba szybko lądować.

Wyłączam silnik, wirujące śmigło może mi bardziej zaszkodzić niż pomóc w momencie ewentualnego skręcenia w taśmach. Przerabiałem to kiedyś. Najskuteczniejszym sposobem wytracania wysokości jest spirala. Zaczynam na 600 metrach. Kręcę, kręcę, kręcę… odpuszczam, patrzę na wysokościomierz – 750 m. Noooo tego jeszcze nie grali żebym się w spirali wznosił. Niedobrze. Skoro w kilkanaście sekund opadając 12 m/s wzniosłem się o 150 m, to szybkość wznoszenia może dochodzić do 20 m/s. Winda w Pałacu Kultury wznosi się 7 m/s.

Aha…. Co robić? Halo! Jest tu ktoś? Cisza… Jak na kartkówce z matematyki, kiedy widzę zadanie po raz pierwszy, a nauczyciel stoi za plecami, milcząc, chłodno obserwuje. Podobno Bóg jest matematyką – łagodny uśmiech gości na twarzy mojego rozmówcy.

Nie ma czasu na sentymenty. Mój mózg zamienia się w procesor, w jednej chwili przelatuje mi przez głowę cała wiedza o lataniu. Meteorologia, rozmowy z pilotami, książki, fizyka, wektory, cyfry, cyfry cyfry. Unoszę się, a wiatr spycha mnie nad morze. Jeśli mu się poddam wyciągnie mnie na ok. 4 km w górę i ze 20 km w morze. Wpadnę do wody i będzie po mnie. Nie przepchnę się pod wiatr. Skoro mam jeszcze troszkę lądu pod sobą, odwracam się plecami do wiatru próbując wyprzedzić rdzeń noszenia, a później szybko wytracę wysokość. Tak też robię.

Na wysokości 1 km wznoszenie spada do 10 m/s. Jest dobrze. Zaczynam kręcić spiralę. Skrzydło zaczyna wirować, początkowo krążę bokiem, by po chwili wejść w spiralę upadkową obracając się twarzą do ziemi. Opadanie dochodzi do 20m/s. Siła odśrodkowa zaczyna pokazywać swoją moc. Taśmy udowe uprzęży wrzynają mi się w pachwiny. Mam wrażenie jakby za chwilę miały mnie przeciąć. Krew odpływa z głowy.

Oby nie zemdleć. Klnę jak szewc, budynki pode mną się powiększają. Jest dobrze. Opadam. Na wysokości 300 m wychodzę ze spirali upadkowej. Nie wszystkie skrzydła wychodzą z niej bez problemu. Niektóre kręcą do samej ziemi zabijając pilota, ale na szczęście poczciwy Vox jest skrzydłem bardzo bezpiecznym. Potrzepał, potrzepał i wyszedł bez oporu. Stabilizuję lot. Nie ma noszenia, ale lecę w silnym poziomym podmuchu, na oko 80 km/h.

Skrzydło ma prędkość 40, a więc lecąc z wiatrem w plecy poruszam się 120km/h, lądując pod wiatr będę leciał na wstecznym 40 km/h. Rzucanie spadochronu zapasowego nie wchodzi w grę. Lądowanie wyglądałoby jak skok na plecy z auta dostawczego jadącego 80 km/h. Na plecach mam 30kg silnik. W tak silnym wietrze nie mogę wykonać ślizgu na bok, w kierunku jakiegoś pola, łąki. Mogę lecieć tylko w osi wiatru, a więc mogę lądować w wodzie – nie chce, na plaży – pełno ludzi, mogę kogoś uszkodzić, druty dachy, samochody, a bliżej Ośrodek Przygotowań Olimpijskich w Cetniewie. Wielki dach basenu.

Może na ten dach? Nie wiem z czego jest zbudowany, czy się nie zarwie. Nie wiem jaki ma skos, zjechać z niego i upaść z wysokości drugiego piętra, też nieciekawa opcja. Przed basenem trójkątny parking dla autokarów, dookoła drzewa. Nieco z boku za alejką z drzew boisko piłkarskie. Plan jest taki: wkręcam się spiralą w parking, na wysokości drzew wyjdę ze spirali i może siła odśrodkowa przerzuci mnie nad drzewami na boisko.

Zawsze lepiej lądować na trawie niż na kostce brukowej. Kręcę więc spiralę wytracając wysokość i jednocześnie celując w parking. Na wysokości 15 m wychodzę z krążenia iii? Stop! – pan Darek zawiesza głos, trzymając mnie w napięciu…

– Uderzam w ścianę wiatru. Nie przeskoczę na boisko. Skrzydło traci postępową wchodząc w spadochronowanie. Mam sekundę do uderzenia o ziemię. Już nic nie zdążę zrobić. Łączę nogi do lądowania spadochronowego, za chwilę uderzę o beton z siłą skoku z wysokości ok. 2,5 m, a mam 30 kg silnik na plecach. Widzę już złamania otwarte obu nóg, zmiażdżony kręgosłup i wózek. Znowu klnę.

Łup. Gleba…. Ale cóż, film się kręci, nie zemdlałem. Ruszam nogami – działają, kręcę tułowiem – działa. Podbiegają ludzie, pomagają mi się wypiąć z uprzęży. “Niedobrze to wyglądało”, mówi jeden. “Panie, przed chwilą wywaliło na plaży taką wielką nadmuchiwaną zjeżdżalnię dla dzieci, wyrwało wszystkie zabezpieczenia i poooszła razem z kompresorami, dobrze, że dzieciaków na niej nie było. “Ma Pan szczęście! ”

Na drugi dzień dowiedziałem się, że przez Karwię przeszła nagle taka trąba powietrzna, że kobieta musiała się na wózku z dzieckiem położyć, żeby go nie porwało. Zjawisko było nagłe. Później na wszelkich meteorogramach widać było szpilę wiatru. Zdarza się tak czasami, kiedy ciepłe masy powietrza znad Zatoki Puckiej mieszają się z chłodnym powietrzem znad morza. Przeżyłem. Dzięki opatrzności? Prędzej dzięki matematyce – kończy opowieść niezwykle mądrą konkluzją.

Sami przyznacie, że pana Darka można słuchać i słuchać…Aż mi szkoda, że na razie musimy kończyć naszą rozmowę. Jednak mam nadzieję, że nie jest naszą ostatnią… Serdecznie dziękuję mojemu rozmówcy, że pomimo choroby i bolących pleców zgodził się na rozmowę ze mną.

Fot. Archiwum prywatne Dariusza Bógdała.