Z wizytą w MUKS Volley – PWSZ Płock. Jerzy Chęciński opowiada o drużynie…

Odwiedziliśmy trenera płockich siatkarek Jerzego Chęcińskiego, który opowiedział nam o tym co słychać u jego podopiecznych oraz o przebiegu obecnego sezonu III ligi.

Dziennik Płocki: Zanim porozmawiamy o obecnym sezonie wróćmy może jeszcze do poprzedniego, a konkretnie do turnieju finałowego o awans do II ligi. Czego Twoim zdaniem zabrakło do awansu i jakie były nastroje wśród zawodniczek po tym turnieju?

Jerzy Chęciński: Jechaliśmy na turniej do Krzeszowic pełni optymizmu i pełni wiary w to, że awansujemy. Turniej rozpoczął się dla nas znakomicie, ponieważ w pierwszym meczu pokonaliśmy MOSiR Jasło 3:0. Następnego dnia mieliśmy na swojej drodze zespół z małej miejscowości Janków Przygodzki, który leży w województwie wielkopolskim. Wygraliśmy to spotkanie 3:1 i o awans zagraliśmy z drużyną gospodarzy Maratonem Krzeszowice. Mecz ten zaczął się dla nas wspaniale bo prowadziliśmy 1:0. Później, jak to bywa w żeńskiej siatkówce, ponieważ kobieta zmienną jest, zrobiło się 1:1. Ponownie wyszliśmy na prowadzenie 2:1 dzięki ogromnej woli walki moich zawodniczek. W czwartym secie prowadziliśmy już 19:16 i byliśmy bardzo blisko awansu. Niestety, dwie nieodebrane zagrywki zasiały niepewność w moich zawodniczkach i nie pomogły ani czasy wzięte przeze mnie, ani zmiany w składzie drużyny. Przegraliśmy tego seta, a w piątym decydującym niestety górą był Maraton Krzeszowice 15:9 i to one awansowały do II ligi. Nastroje po turnieju? Do Płocka wracaliśmy w minorowych nastrojach, a jeszcze dowiedziałem się od kilku zawodniczek, że kończą z siatkówką i chcą zająć się pracą, czyli rozpocząć tzw. dorosłe życie.

Dziennik Płocki: To jakie w takim razie zostały zgłoszone drużyny w obecnym sezonie?

Jerzy Chęciński: Zgłosiliśmy do Mazowieckiego Związku Piłki Siatkowej trzy drużyny: juniorek, juniorek młodszych i Mini siatkówki. I tak też zrobiliśmy nie wiedząc jednak o tym, że w sierpniu wyjdzie z Polskiego Związku Piłki Siatkowej decyzja o tzw. ograniczeniu rocznikowym. Okazało się, że w juniorkach mogły grać dziewczęta z rocznika wiodącego czyli 2000 oraz z 2001, a ewentualnym wzmocnieniem mogły być trzy dziewczęta z rocznika 2002. Niestety nasz klub nie jest takim, który posiada wiele zawodniczek w jednym roczniku w przeciwieństwie do innych klubów w Polsce. W związku z tym postanowiłem wycofać zespół juniorski z rozgrywek i ponownie zgłosić się do III ligi mazowieckiej, gdzie ograniczeń wiekowych po prostu nie ma.

W nasze miejsce wskoczyła drużyna Radomki Radom i z tego co wiem, to zbiera od wszystkich solidne “baty” i jest ostatnią drużyną na Mazowszu. Jestem też w 100 proc. przekonany, że gdybyśmy zagrali w tych rozgrywkach to awansowalibyśmy do turniejów ogólnopolskich. Niestety, nie mógłbym skorzystać z dwóch zawodniczek z 2003 roku i na taki turniej pojechałbym praktycznie bez rezerwowych. Żeby było jednak ciekawie, to po rozegraniu pierwszej rundy wśród juniorek, PZPS… wycofał się ze swoich ustaleń! Dzięki nie swoim decyzjom mam świadomość, że odebrałem dziewczynom możliwość walki o medale w kategorii juniorek na Mazowszu, a kto wie czy i nie w Polsce.

Dziennik Płocki: Czy wobec tego bardzo zmieniła się kadra zespołu w porównaniu z poprzednim sezonem?

Jerzy Chęciński: W składzie na pierwszy mecz ligowy znalazły się dziewczęta z trzech kategorii: juniorek, młodziczek a nawet kadetek. Stanęły one na przeciwko niezwykle doświadczonych zawodniczek, dużo starszych od nich, niektóre miały ponad trzydzieści lat i doświadczenie zebrane na parkietach drugiej a nawet i pierwszej ligi. Na tym meczu były dwie seniorki czyli Aleksandra Koperska i Monika Lubiak, które widząc jak radziły sobie ich młodsze koleżanki zdecydowały, że chcą wrócić do drużyny i pomóc. Oczywiście, nie będę mógł skorzystać z ich usług w każdym meczu, bo np. Ola studiuje zaocznie. Obiecała jednak, że na decydujące mecze przyjedzie. Powrót tych dziewczyn jest olbrzymim wzmocnieniem MUKS Volley – PWSZ Płock, a ja jako trener mam większe pole manewru.

Dziennik Płocki: To jak w takim razie przebiega obecny sezon?

Jerzy Chęciński: W pierwszej kolejce zagraliśmy w Warszawie z AZS LSW Warszawa przed sezonem zasięgnąłem trochę informacji o tej drużynie i wydawała się ona głównym kandydatem do awansu. Ściągnęli do siebie całkiem niezłe zawodniczki, które jak już wspomniałem grały w pierwszej i drugiej lidze. Wobec tego, przed swoimi zawodniczkami nie stawiałem żadnego konkretnego celu na ten mecz. Miały grać po prostu swoje. Ku mojemu zaskoczeniu i zawodniczek także, po dwóch setach prowadziliśmy 2:0. I zamiast, używając terminologii bokserskiej, rywala dobić i nie pozwolić mu się podnieść, na kolejne sety wyszła zupełnie inna drużyna. Ostatecznie mecz przegraliśmy 2:3. Przed meczem ten wynik brałbym w ciemno, po byłem bardzo rozczarowany bo sukces był bardzo blisko. My jednak na tą trzecią ligę nie stawiamy sobie konkretnego celu jakim jest awans, tylko chcemy się siatkówką po prostu bawić się i nią cieszyć. Kolejnym rywalem był zespół z Konstancina – Jeziorna. Można powiedzieć, że był praktycznie bez historii, ponieważ dość szybko wygraliśmy 3:0. Miałem jednak na uwadze to, że w poprzednim sezonie zwłaszcza na wyjeździe mieliśmy z tym zespołem trochę problemów. Na szczęście w Płocku takich nie było.

W kolejnym meczu podejmowaliśmy na własnym parkiecie Spartę Grodzisk Mazowiecki. I podobnie jak w poprzedniej kolejce problemów z wygraną również nie mieliśmy. Być może rywalki w każdym z trzech setów nie przekroczyły nawet piętnastu punktów. Czwarta seria to kolejny rywal który zawitał do Płocka, mianowicie Esperanto Warszawa. Pierwszy set poszedł dość gładko i przed kolejnym u dziewczyn nastąpiło jakieś rozluźnienie. Być może uwierzyły w to po wygraniu w bardzo prosty i szybki sposób dwóch poprzednich meczów. Możliwe, że zmiany, które zrobiłem przed tym setem wpłynęły na dyspozycję drużyny bo zrobiłem ich aż trzy. Na kolejne sety wróciły podstawowe zawodniczki i mecz zakończył się wynikiem 3:1 dla nas. ten mecz był także lekcją dla mnie, żeby rezerwowe zawodniczki wprowadzać owszem, ale przy wyniku dość bezpiecznym dla mojej drużyny. Piąta kolejka to wyjazd do najsłabszej drużyny ligi czyli Astorii Piaseczno. Tam nie skorzystałem z pomocy dwóch doświadczonych dziewcząt, zresztą jedna z nich miała obowiązki na studiach, a drugiej po prostu dałem odpocząć. Pojechała zatem sama młodzież i dość szybko, w przysłowiową “godzinkę z prysznicem” wygraliśmy 3:0.

W ostatnią sobotę w Płocku podejmowaliśmy drużynę Iskry Warszawa. Drużyna ta jest beniaminkiem tych rozgrywek ponieważ niedawno powstała. Ja osobiście nic nie wiedziałem o tej drużynie i dzięki informacjom od zaprzyjaźnionych trenerów mogłem wyciągnąć jakieś wnioski na ich temat. Jednak z dość dużym niepokojem oczekiwałem tego meczu, a swoim zawodniczkom powiedziałem, że mają grać swoje i starać się odrzucić rywalki od siatki. I pierwszy set już pokazał, a przede wszystkim Monika Lubiak, która jak weszła na zagrywkę przy stanie 2:2 to zeszła przy 10:2! Osobiście byłem w szoku, seta wygraliśmy 25:10. Drugi set to gra punkt za punkt, a chyba nawet goście prowadzili 0:3.

Próbowałem zmian, za Wiktorię Grodzicką weszła Natalia Kapturowska, obdarzona znakomitymi warunkami fizycznymi – 184 cm wzrostu. Zmiana zrobiona była chyba za późno, a przez to że popełnialiśmy dość banalne błędy w ataku – dotknięcie siatki – przegraliśmy seta 23:25. Po kilku mocniejszych słowach w przerwie, na trzeci set dziewczyny wyszły tak zmobilizowane, że wygrały go 25:9! Czwarty set również dość pewnie wygrany do 15. Lubiak dalej skutecznie serwowała, Aleksandra Kąpińska poszła w jej ślady, a dość fajnie rozgrywała Kinga Kowalczyk, która parę punktów zdobyła dla drużyny dzięki kiwkom z drugiej piłki.

Po sześciu kolejkach jesteśmy na pierwszym miejscu w tabeli. Nie mniej uważam, że mecz z najgroźniejszym rywalem dopiero przed nami. 18 stycznia 2019 roku do Płocka przyjedzie NIKE Ostrołęka i jeżeli nie zaliczymy wpadek w późniejszych spotkaniach to ten mecz może zdecydować o pierwszym miejscu w tabeli po rundzie zasadniczej.

Dziennik Płocki: A jak wyglądają rozgrywki po rundzie zasadniczej? Bo z tego co wiem ich regulamin troszeczkę się różni od tego, który obowiązywał w poprzednim sezonie.

Jerzy Chęciński: Tak, formuła rozgrywek się zmieniła, bowiem po rundzie zasadniczej, pierwsze osiem zespołów przystępuje do play-off. Mecze rozgrywane będą według kolejności miejsc w tabeli, czyli pierwsza drużyna zagra z ósmą, druga z siódmą itd. Rywalizacja odbędzie się na zasadzie mecz i rewanż a o ewentualnym awansie danej drużyny przy remisie 1:1 w meczach będą decydowały albo małe punkty albo złoty set, ale tego jeszcze dokładnie nie wiem. Zajmując pierwsze lub drugie miejsce po fazie play-off awansujemy do turnieju półfinałowego o awans do drugiej ligi. Z nich z kolei, których odbędzie się w Polsce osiem, do finałowych czterech awansują dwie najlepsze drużyny. Awans do drugiej ligi wywalczą tylko zwycięzcy tych turniejów finałowych.

Dziennik Płocki: W jaki sposób i dzięki komu tak naprawdę funkcjonuje MUKS Volley – PWSZ Płock?

Jerzy Chęciński: Podziękowania moje i Zarządu klubu kierujemy dla Urzędu Miasta Płocka, bowiem główna dotacja płynie właśnie z ich strony. Kolejnym wspierającym nas sponsorem jest PKN Orlen S.A za co też serdecznie dziękujemy. Innych większych sponsorów niestety brak, jednak należą się też podziękowania firmie P.P.H.U.iT “MARTER” Góreccy Sp. J., która przed każdym meczem dostarcza na wodę mineralną. Poza tym, chciałbym podziękować wszystkim patronom medialnym, z Dziennikiem Płockim na czele.

Dziennik Płocki: Na koniec, wróćmy jeszcze do Klubowych Mistrzostw Świata, które jakiś czas temu zostały rozegrane w Płocku. Jakbyś ocenił tą imprezę?

Jerzy Chęciński: Dla mnie jako trenera siatkówki to była prawdziwa uczta dla moich oczu , siatkówka na światowym poziomie, największe gwiazdy zobaczyłem na żywo i niech żałują ci co nie byli, bo frekwencja niestety była słaba. PGE Skra Bełchatów może nie rozczarowała ale gra w tym sezonie generalnie w kratkę, a jej skład nie jest na tyle mocny, by walczyć z najlepszymi. Zaskoczył in plus Fakieł Nowy Urengoj chociaż w jego składzie są znakomici zawodnicy. Po obejrzeniu tie-breaka w meczu Zenitu Kazań z Cucine Lube Civitanova stwierdzam natomiast, że rzeczy niemożliwe w siatkówce męskiej nie istnieją.

Dziennik Płocki: To czego życzyć Tobie i zawodniczkom na 2019 rok?

Jerzy Chęciński: Zdrowia, przede wszystkim zdrowia. Żeby nas omijały i kontuzje i żeby znalazł się kolejny sponsor, który chciałby zbudować naszym mieście siatkówkę na dobrym poziomie.

Z Jerzym Chęcińskim rozmawiał Łukasz Zieliński.




Nafciarze wiozę z Kielc jeden punkt. Dobre i to

Wielu kibiców na pewno odchodziło od telewizorów niezadowolonych, wielu też z nadzieją, że może dzisiejszy mecz był tym przełomowym. Po przegranych meczach, przyszedł czas na remis. Teraz będziemy czekać na wygraną. Oby nie za długo. Podczas wyjazdowego meczu padły cztery gole, szkoda, że dwa do bramki Nafciarzy.

W meczu 18. kolejki LOTTO Ekstraklasy Wisła Płock zmierzyła się na wyjeździe z Koroną Kielce. Nafciarze zremisowali z gospodarzami 2:2. Bramki dla kielczan strzelili Mateusz Możdżeń i Adnan Kovacević, zaś dla nas oba gole zdobył Giorgi Merebashvili.

Pierwszą sytuację mieli gospodarze – i to już w pierwszej minucie. Płaskie uderzenie Mateusza Możdżenia spokojnie obronił jednak Thomas Dahne. Niestety chwilę później strzał tego samego zawodnika przyniosło już oczekiwany przez kielczan efekt. Możdżeń uderzył bardzo precyzyjnie, przez co Niemiec nie miał szans na skuteczną interwencję. Na szczęście Nafciarze szybko wzięli się w garść i odpowiedzieli na to najlepiej jak mogli – bramką. Piłkę z wrzutu z autu dostał niepilnowany Damian Szymański. Ten wypatrzył w polu karnym dwóch naszych zawodników i choć z podaniem minął się Ricardinho, to do futbolówki dopadł Giorgi Merebashvili i pewnie pokonał Matthiasa Hamrola. Po bramce tempo gry nieco spadło, a więcej mieliśmy walki w środku pola oraz nieprzepisowych zagrań. Z rzutu wolnego próbował w międzyczasie dograć Dominik Furman, ale podanie to było zbyt głębokie, stąd też Hamrol nie miał żadnych kłopotów z jego złapaniem. Po pół godzinie gry jeszcze raz zerwali się Koroniarze, lecz mocne uderzenie Elii Soriano po kontrze naszych rywali zostało w ostatniej chwili zablokowane. Niestety w 43. minucie straciliśmy bramkę do szatni. Z rzutu rożnego dośrodkował Matej Pucko, a naszego bramkarza pokonał strzałem głową Adnan Kovacević.

Po zamianie stron do ataku od razu ruszyli podopieczni Gino Lettieriego. Najpierw po świetnym zagraniu gola powinien zdobyć Zlatko Janjić (jednak strasznie spudłował), a chwilę później kielczanie przeprowadzili inną dobrą akcję. Możdżeń zagrał do Marcina Cebuli, a ten płasko odegrał do Pucki. Jego strzał okazał się niecelny. Dopiero za jakiś czas do głosu doszli w końcu Nafciarze. Świetny indywidualny rajd przeprowadził Ricardinho, a piłka spadła przed polem karnym pod nogi Damiana Rasaka. Strzał z powietrza młodego pomocnika zdołał złapać Hamrol. W okolicach 60. minuty zawodnicy Korony zmarnowali świetną szansę. Po nieporozumieniu Cezarego Stefańczyka i Patryka Stępińskiego przeciwnicy wyprowadzili szybką kontrę, ale na sam koniec Soriano dostał w polu karnym podanie za jego plecy, stąd jego u uderzenie było dla Dahne niegroźne. Co innego przy próbie Soriano – w tym przypadku Niemiec wykazał się nie lada refleksem i zanotował znakomitą interwencję. Na kwadrans przed końcem meczu Nafciarze mocno przycisnęli, czego dowodem była seria rzutów rożnych i prób Nico Vareli czy Ricardinho, ale żadne z tych zagrań nie przyniosło nam gola. Na szczęście doprowadzić do wyrównania udało się w ostatnich chwilach meczu. Thomas Dahne, który nieco wcześniej złapał strzał Marcina Cebuli, mocno dośrodkował z rzutu wolnego w pole karne, a tam znakomitym uderzeniem po dalszym słupku popisał się Giorgi Merebashvili.

Kolejne spotkanie Nafciarze rozegrają już w najbliższy piątek 14 grudnia. W przedostatnim naszym meczu tego roku kalendarzowego podejmiemy na własnym stadionie Wisłę Kraków. Początek spotkania o 18:00. Przypominamy, że cena biletów na to wydarzenie wyniesie symboliczną złotówkę.

Korona Kielce – Wisła Płock 2:2 (2:1)

1:0 – Mateusz Możdżeń 5′
1:1 – Giorgi Merebashvili 16′
2:1 – Adnan Kovacević 43′
2:2 – Giorgi Merebashvili 90′

Korona: 25. Matthias Hamrol – 26. Bartosz Rymaniak, 5. Adnan Kovačević, 23. Elhadji Pape Diaw, 11. Michael Gardawski (68′, 21. Łukasz Kosakiewicz) – 27. Matej Pučko, 13. Oliver Petrak (46′, 31. Zlatko Janjić), 14. Jakub Żubrowski, 8. Mateusz Możdżeń, 7. Marcin Cebula – 89. Elia Soriano (86′, 4. Piotr Malarczyk).

Wisła: 30. Thomas Dähne – 20. Cezary Stefańczyk, 26. Igor Łasicki, 18. Alan Uryga, 2. Marcin Warcholak (46′, 95. Patryk Stępiński) – 4. Damian Szymański, 6. Damian Rasak, 8. Dominik Furman (72′, 19. Karol Angielski) – 7. Nico Varela, 21. Ricardinho (82′, 16. Oskar Zawada), 10. Giorgi Merebashvili.

Żółte kartki: Petrak, Możdżeń, Gardawski, Kosakiewicz – Stefańczyk, Ricardinho, Rasak.
Sędzia: Dominik Sulikowski (Gdańsk).
Widzów: 5 326.

Źródło: Wisła Płock
Fot: Paweł Janczyk / 400mm.pl (Wisła Płock)




Piotr Maślanka po Mistrzostwach Europy: Czuję pewien niedosyt

WAKO – World Asociation Kickboxing Organization – największa światowa federacja kickboxingu w dniach 17-25 listopada była organizatorem rozgrywanych co dwa lata Mistrzostw Europy w Kickboxingu. Tegoroczna edycja odbyła się w Maribor – Słowenia.

ME to drugi pod względem rangi po MŚ turniej w wyczynowym amatorskim kickboxingu. Rywalizacja odbywała się w czterech formułach walki, trzech planszowych: pointfighting, light-contact, musical-form oraz w jednej ringowej: full-contact.

Do turnieju zgłosili się reprezentanci 31 państw z całej Europy. Wśród nich nie zabrakło 28 osobowej Reprezentacji Narodowej Polskiego Związku Kickboxingu, a wraz z nią zgłoszonego reprezentanta Płocka, był nim Piotr Maślanka -zawodnik klubu LKS „Puncher” Płock i jednocześnie trener w tym klubie. Płocczanin ma na swoim koncie kilkanaście medali wszystkich kolorów Mistrzostw Polski oraz złote i srebrne medale Pucharu Europy, a także srebrny i brązowy medal Pucharu Świata.

Piotr jako jedyny z polskiej ekipy zgłosił się do współzawodnictwa w dwóch formułach walki: pointfighting i light-contact, w kategorii wagowej -84 kg. Tym razem wrócił z dwoma medalami brązowymi – po jednym w każdej formule walki.  Zawodnik z Płocka uległ w walkach półfinałowych. – W stosunku do zdobytego 9 miejsca seniorów w pointfightingu na Mistrzostwach Europy przed dwoma laty w Loutraki w Grecji, tym razem nie wróciłem z pustymi rękoma i przywiozłem dwa brązowe medale – mówi Piotr Maślanka.

– Mimo że nie każdy może być trzeci w Europie, a porządne przygotowanie się do takiego turnieju i sam start wymagają wiele wysiłku i poświęcenia. Jak u każdego ambitnego sportowca, któremu nie udaje się zdobyć złotego medalu jest jednak pewien niedosyt – podkreśla.

By móc spełnić swoje kolejne marzenie jego wyjazd i uczestnictwo w turnieju został dofinansowany przez PKN Orlen w ramach programu „Orlen Pasja” oraz przez Urząd Miasta Płocka w zakresie wspierania i upowszechniania kultury fizycznej.




Niebywała okazja! Mecz Wisły Płock z Białą Gwiazdą obejrzycie za… 1 zł

W poniedziałek 3 grudnia ruszyła sprzedaż biletów na ostatni w tym roku meczu na Stadionie im. Kazimierza Górskiego w Płocku. W piątek 14 grudnia o godzinie 18:00 Nafciarze podejmą Wisłę Kraków, a nasz klub specjalnie na tę okazję przygotował promocję, dzięki której spotkanie z Białą Gwiazdą obejrzycie za złotówkę!

Zanim dojdzie jednak do Wiślackich Derbów, na które wejściówki nabyć możecie już we wszystkich naszych punktach sprzedażowych, drużyna Kibu Vicuñy rozegra jeszcze dwa bardzo ważne spotkania, w których na wyjazdach zagra z Puszczą Niepołomice w 1/8 finału Pucharu Polski oraz Koroną Kielce w LOTTO Ekstraklasie.

Przygotowana przez nas promocja będzie obowiązywać we WSZYSTKICH punktach sprzedaży wejściówek – na stadionie, w galerii, supermarketach “Piotr i Paweł” i Kolporterach oraz przez Internet. Tyczy się to wszystkich wejściówek na trybunę wschodnią jak i zachodnią (z wyłączeniem loży honorowej). Serdecznie zapraszamy!

Cennik biletów na mecz z Wisłą Kraków, który odbędzie się 14 grudnia o godz. 18:00 

Trybuna Wschodnia

Bilet normalny (sektor A, B, C, D, E): 1,00 zł;
Bilet ulgowy (sektor A, B, C, D, E): 1,00 zł (za okazaniem ważnej legitymacji szkolnej / studenckiej);
Bilet dziecięcy (sektor A, B, C, D, E): 1,00 zł (dzieci do lat trzynastu);
Bilet specjalny (sektor A, B, C, D, E): 1,00 zł (kobiety, emeryci, renciści I, II i III grupy, weterani wojenni, osoby niepełnosprawne i poruszające się na wózkach inwalidzkich),
Bilet dla opiekuna osoby niepełnosprawnej: 1,00 zł.

Trybuna Zachodnia

Bilet normalny (sektor F, G): 1,00 zł;
Bilet ulgowy (sektor F, G): 1,00 zł (za okazaniem ważnej legitymacji szkolnej / studenckiej);
Bilet dziecięcy (sektor F, G): 1,00 zł (dzieci do lat trzynastu);
Bilet specjalny (sektor F, G): 1,00 zł (kobiety, emeryci, renciści I, II i III grupy, weterani wojenni, osoby niepełnosprawne i poruszające się na wózkach inwalidzkich);
Sektor rodzinny (sektor SR): 5,00 zł (1 + 1, 1 + 2, 2 + 1, 2 + 2) – kobieta + mężczyzna;
Loża honorowa (sektor LH): 100,00 zł (nie obowiązują żadne zniżki, bilet na stałą cenę dla wszystkich zainteresowanych);
Bilet dla opiekuna osoby niepełnosprawnej: 1,00 zł.

Bilety możecie kupić na kilka sposobów: 

– przez Internet na wislaplock.kupbilety.pl,
– w salonikach prasowych Kolporter (Płock ul. Wyszogrodzka 163 Mila; Płock ul. Chemików 7; Płock ul. Kolejowa 41 Mila; Sierpc ul. Konstytucji 3 Maja 7A; Gąbin ul. Kilińskiego 3 Mila; Płock ul. Otolińska 11 Mila),
– w supermarketach „Piotr i Paweł” (Galeria Wisła – Płock, ul. Wyszogrodzka 144, Galeria Mosty – Płock, ul. Tysiąclecia 2A),
– w sklepie klubowym na Stadionie im. Kazimierza Górskiego, przy ul. Łukasiewicza 34 (poniedziałek – piątek od 8:00 do 16:00),
– na stoisku klubowym w Galerii Mazovia, przy ul. Wyszogrodzkiej 127 (od poniedziałku do soboty 9-21, niedziela 10-20).




Dramat bełchatowian w płockiej Orlen Arenie [FOTO]

Stawka drugiego wtorkowego meczu była ogromna. Fakieł Nowy Urengoy ustawił się po wczorajszej wygranej z Zenitem Kazań w znakomitej sytuacji. PGE Skra Bełchatów musiała koniecznie wygrać. Jeśli już nie za trzy punkty to chociaż za dwa, w innym przypadku o awansie nie mogło być mowy. Dwugodzinny pełen zwrotów akcji rollercoaster jednak dla Fakiełu. Wygrana za dwa punkty zapewniła im awans do półfinału KMŚ.

Początek pierwszego seta to obustronne badanie swoich możliwości. Mariusz Wlazły nie wszedł jakoś specjalnie dobrze w ten mecz, ponieważ pierwszy jego atak był, autowy. Jednak Milad Ebadipour i Artur Szalpuk swoją grą sprawili, że Skra objęła trzypunktowe prowadzenie. I niestety, trafił się przestój, który wykorzystał Fakieł. Z 7:4 dla bełchatowian zrobiło się 8:10! As serwisowy Igora Kolodinskyego, blok Artura Udrysa na Szalpuku spowodował, że Roberto Piazza musiał poprosić o czas. Pomogło bo za chwilę było 11:11 a blokiem popisał się nawet rozgrywający Grzegorz Łomacz. Kolejna wymiana, która była zacięta i długo trwała dała dwunasty punkt Skrze. Po chwili as Szalpuka i szansa na 14:11, ale zablokowany na siatce został Ebadipour. Zrobiło się za to 14:14, bo zawodnik rosyjskiego klubu – Udrys znów szalał, tak jak we wczorajszym spotkaniu.

Wlazły w końcu trafił atakiem, Milad Ebadipour sprawił po raz kolejny kłopoty Rosjanom i Skra wyszła na prowadzenie 17:15. Podwójne odbicie Kolodinskyego utrzymywało taki dystans między drużynami. Egor Kliuka trafił zagrywką, z przechodzącej piłki trafił Dmitry Volkov i znów był remis – 20:20, ale po atakach Szalpuka i Ebadipoura to Skra była znów na prowadzeniu – 22:20. Jakub Kochanowski wykorzystał błędy w rozegraniu drużyny Fakiełu i zdobył dwudziesty czwarty punkt. Były trzy piłki setowe, ale dwóch Skra nie wykorzystała i zrobiło się tylko 24:23, bo zablokowany został słabo grający w pierwszym secie Mariusz Wlazły. Na szczęście w polu serwisowym pomylił się Dmitry Volkov i pierwszy set zakończył się wynikiem 25:23 dla Skry.

Drugi set rozpoczął się od pomyłek serwisowych, co dało remis 1:1, Po chwili było 2:2, po autowym bloku Rosjan, ale jak szybko okazało się challenge zmienił ten wynik na 1:3, a Volkov atakiem zdobył czwarty punkt. Ciągle nie mógł trafić Wlazły, który w pierwszym secie zdobył tylko dwa punkty. Blok na Szalpuku wymusił czas dla PGE Skry. Ewidentnie nie szła gra polskiej drużynie, brakowało praktycznie wszystkiego. W końcu przerwał to wszystko Ebadipour, grający dobry mecz. Fakieł miał jednak Udrysa, który nie chciał się pomylić w ataku. Kliuka również – sprytny atak na 4:8. I taki stan rzeczy utrzymywał się do wyniku 6:10. Trzy potężne bloki Skry, w tym dwa Karola Kłosa sprawiły odrobienie trzech punktów. A po chwili trafił w końcu z serwisu Wlazły i był remis – 11:11!

Świetny moment PGE Skry, zwłaszcza te bloki musiały na wszystkich zrobić wrażenie. Po przerwie na żądanie tak dobrze w polu serwisowym już nie było, ale Rosjanie popełnili ten sam błąd. Ebadipour show trwał w najlepsze i w końcu wynik wskazywał to, czego wszyscy sobie na hali życzyli – 13:12. Niestety, w dość prostej sytuacji Wlazły trafił w siatkę , potem blok i znów zrobiło się nieco niekomfortowo. Na szczęście tylko na chwilę bo Szalpuk i Łomacz doprowadzili do remisu – 16:16. Od stanu 18:18 kolejne dwa punkty zdobyli gracze Fakiełu i to oni mieli ten przywilej prowadzenia w drugim secie. Na szczęście Egor Kliuka wpadł w siatkę przy swoim ataku, a po chwili kapitalnym serwisem popisał się Szalpuk i Skra wróciła na prowadzenie – 22:21.

Ebadipour sprytnie zaatakował, na tyle skutecznie, że zrobiło się 23:21 i hala krzyknęła z radości. Niestety pomylił się w najmniej odpowiednim momencie bo miał piłkę setową w górze. Dostał niestety solidną czapę i zrobiło się 24:24, a za chwilę atomowy atak Volkova zbliżył Fakieł do wygrania seta. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca, a po wygranej akcji obronnej – a jakże Ebadipour wyprowadził Skrę na prowadzenie 26:25. ostatecznie, przy wyniku 28:27 błąd w przyjęciu popełnili Rosjanie i atakujący Kliuka trafił w siatkę. Tym samym, Skra wygrała 29:27. Dwa wygrane sety to zawsze gwarancja, minimum jednego punktu. Wszyscy liczyli jednak na trzy.

Trzecia partia była więc bardzo ważna, ale to fakieł wyszedł na prowadzenie 2:3. Zdobył punkty m.in po błędach w przyjęciu Artura Szalpuka czy kolejnym już bloku na Mariuszu Wlazłym. Na szczęście za chwilę odpowiedział skutecznie i wyrównał. Ale, że kapitan bełchatowian lubi dobre momenty przeplatać ze słabszymi, to po jego błędach było 3:5. Czwarty punkt należy zapisać na konto Szalpuka i było 4:5. Zaczął mylić się Udrys, Kliuka nie grał tak znakomicie jak wczoraj z Zenitem i po jego błędzie zrobiło się 7:6. Za chwilę 9:7 i 10:7, Wlazły trafił, Szalpuk też i o czas poprosił Camillo Placi.

Niewiele pomogło bo Andrey Ananev dostał podwójny blok. Skra się rozpędziła, zaczęło wychodzić jej prawie wszystko i sprzyjało dużo szczęścia, jak podczas zagrywki Kochanowskiego. Piłka przewinęła się po siatce i spadła po stronie rosyjskiej – 14:9. A potem w końcu Wlazły pokazał to z czego słynie. Posłał dwa znakomite serwisy i przewaga urosła do 17:11! Tego nie można było już przegrać. Wystarczyło tylko dowieźć tą przewagę do końca. Karol Kłos świetnie zagrał w bloku, ale po chwili dwie skuteczne akcje gości, a także błąd Szalpuka – atak w siatkę, zmniejszyły przewagę PGE Skry do czterech punktów. A po świetnym ataku Volkova do trzech.

Skra stanęła niespodziewanie, przewaga zmalała do jednego punktu! Na 19:18 straty zmniejszył Iakovlev blokując … Wlazłego. Zapowiadała się szalona końcówka, Rosjanie wyraźnie przycisnęli Skrę, ale to bełchatowianie niespodziewanie wrócili do gry, po bloku Kochanowskiego na Denisie Bogdanie – 21:18. Tyle tylko, że atak Kliuki i blok na Miladzie Ebadipourze dały wynik 21:20. Mało emocji? To końcówka po prostu była niesamowita. Zmiana wyniku, bloki, auty i nawet błędnie sprawdzony challenge! Jak to możliwe? Po prostu wybrano złą akcję i błąd Fakiełu dał dwudziesty czwarty punkt Skrze. Do wyniku 28:28 było wszystko możliwe, ale to Rosjanie ostatecznie wygrali trzeciego seta 30:28. Kapitalna dyspozycja Egora Kliuki w tym secie musiała znaleźć przełożenie na wynik, bo od stanu 19:12 to głównie on kończył ataki i trzeba przyznać, że robił to wyśmienicie.

Czwarty set rozpoczął się niestety od wymuszonej zmiany w PGE Skrze. Artura Szalpuka mającego problemy ze zdrowiem zastąpił Piotr Orczyk. Nie miał niestety dobrego wejścia, bowiem popełnił dwa błędy i było 3:3. Wlazły posłał kapitalnego asa serwisowego, Orczyk skończył pierwszy swój atak i było 5:4. Cztery odbicia drużyny rosyjskiej, w końcu skuteczny atak Wlazłego utrzymywał punkt przewagi Skry – 7:6. Obudził się także Udrys, a Volkov z przechodzącej piłki wyprowadził swoją na prowadzenie 7:8. Wielkim sprytem wykazał się wlazły, który jakimś cudem wcisnął piłkę przy potrójnymk bloku. Takie zagrania potrafią tylko najlepsi na świecie. Niestety chwilę później było już 8:10 po autowym bloku Jakuba Kochanowskiego. Jakby tego było mało, Udrys z kolejnej przechodzącej piłki – bardzo słabo wyglądało przyjęcie w drużynie Skry – zdobył jedenasty punkt i o czas poprosił Roberto Piazza.

Pomogło na tyle, że zrobiło się 10:11. Artur Udrys przecież wiecznie skutecznie atakować nie będzie i posłał piłkę w aut. A, gdy Orczyk zerwał atak, zrobiło się 10:13. Nie było widać perspektyw na to, żeby Skra wygrała za trzy, tak bardzo wyczekiwane punkty. Kliuka utrzymał dyspozycję z trzeciej partii, zdobył świetnym atakiem piętny punkt dla swojej drużyny, a błąd w rozegraniu Skry zmienił wynik na 12:16. Dobrze grający wczoraj Ebadipour nadział się na blok kapitana Fakiełu Igora Kolodinskyego i drugi czas wykorzystał Piazza. Udało się, dzięki Karolowi Kłosowi odrobić dwa punkty – 14:17, ale to ciągle było za mało. Zwłaszcza, że Volkov dwukrotnie świetnie zagrał w ataku i zrobiło się 15:20. Przewaga cały czas się utrzymywała i ostatecznie skończyło się 21:25 dla Fakiełu Nowy Urengoy.

Ponieważ nie udało się Skrze wygrać za trzy punkty, trzeba było zrobić wszystko, żeby zdobyć dwa. Poza tym istniała jeszcze jedna obawa. Stara siatkarska prawda mówi, że jeśli prowadzisz 2:0 i nie wygrywasz 3:0 to przegrywasz 2:3. A rosyjska młodzież, która w trzecim secie uciekła spod topora, zaczęła grać po prostu znakomicie. Czwarty set był pewnie kontrolowany przez nich, uzyskali szybko przewagę punktową i pewnie zmierzali po wygraną.

Tie-break rozpoczął się od prowadzenia Skry 2:0 po kapitalnych atakach Ebadipoura. Wrócił też Artur Szalpuk za Piotra Orczyka. Jednak jak szybko zrobiło się 3:1, tak szybko również i 3:3. Dmitry Volkov dwukrotnie pokazał wielką klasę. Ten 23 – letni zawodnik z pewnością zrobi wielką karierę. Jednak od stanu 4:4 Skra odjechała na 7:4. Wreszcie dwukrotnie złapany na bloku został Egor Kliuka, a Wlazły po raz czwarty w meczu posłał asa serwisowego i zrobiło się 8:4. Po zmianie stron pomylił się, a Ivan Iakovlev zaserwował asa – 8:6. Kolejnym serwisem sprawił problem w przyjęciu Skrze, ale Grzegorz Łomacz na szczęście wygrał walkę na siatce – 9:6. Aut Szalpuka, blok na Ebadipourze spowodował wzięcie czasu przez szkoleniowca PGE Skry.

Pomogło, bo Irańczyk w kolejnym ataku zdobył dziesiąty punkt. Jedenasty zresztą też – 11:9. Niestety, przy 12:10 był jeszcze cień szansy na to, że Skra wygra. Mało tego, było 14:13 co oznaczało piłkę meczową, ale Kliuka świetnie zaatakował i zrobiło się po 14. A od tego momentu zaczęła się prawdziwa wojna nerwów. Skra musiała gonić rywali, bo przy wyniku 15:15 Karol Kłos zerwał atak i Rosjanie wyszli na prowadzenie 15:16. I taka gonitwa trwała do stanu 19:19! Emocje były niewyobrażalne, ale młody zespół z Urengoju ostatecznie wygrał 19:21 i cały mecz 2:3. Wynik ten oznacza, że Cucine Lube Civitanova i Fakieł Nowy Urengoy awansują do półfinałów i zagrają w dniach 1-2.12 w Częstochowie. PGE Skrze Bełchatów i Zenitowi Kazań zostaje mecz o 3 miejsce w grupie A.

PGE Skra Bełchatów – Fakieł Nowy Urengoy 2:3 (25:23, 29:27, 28:30, 21:25, 19:21)

Skra: Wlazły (18), Kłos (10), Kochanowski (14), Ebadipour (22), Szalpuk (11), Łomacz (3) oraz Piechocki (libero), Droszyński, Teppan, Orczyk.
Fakieł: Ananiev (4), Kolodinskiy (2), Udrys (19), Iakovlev (7), Volkov (20), Kliuka (28) oraz Shoji (libero), Kolenkovskii (4), Bogdan (4), Rukavishnikov.
Sędziowali: Goran Gradinski (Serbia) Ali Jaafar (Bahrajn)

Łukasz Zieliński
Fot: DR.




Zenit z drugą porażką. Wielki comeback Cucine Lube Civitanovy [FOTO]

Pierwsze wtorkowe starcie podczas klubowych Mistrzostw Świata to rewanż za 2017 rok, gdy w finale spotkały się rosyjski Zenit Kazań z włoskim Cucine Lube Civitanova. Można było zatem spodziewać się siatkarskich fajerwerków i takowe były. To był znakomity początek dnia meczowego w Płocku.

Zenit mając na koncie porażkę z Fakiełem dziś po prostu przegrać nie mógł, jeśli chciał zachować szanse na awans do półfinału. Początek spotkania to gra punkt za punkt, z lekkim wskazaniem na Zenit. Po ataku, a właściwie kiwce Earvina Ngapetha Rosjanie wyszli na prowadzenie 3:4, a po błędzie serwisowym Yoandego Hidalgo Leala na 4:5. Skuteczny atak Tsvetana Sokolova dał remis po sześć. Bułgarski atakujący mógł wyprowadzić swoją drużynę na prowadzenie 7:6. Zamiast tego, zrobiło się 6:8 bowiem dwukrotnie został zatrzymany blokiem. Przebił się jednak w trzeciej swojej próbie, ale Ngapeth był w kolejnej akcji nie do zatrzymania.

As serwisowy Maxima Mikhaylova dał Zenitowi prowadzenie 8:11 i po kolejnych dwóch akcjach różnica nie zmalała ani na trochę. Wzrosła wtedy, gdy na zagrywkę wszedł Ngapeth i posłał dwa piorunujące asy serwisowe – 9:14. O drugi czas musiał poprosić Giampaolo Meder, trener Lube. Czas nic nie pomógł, bo Ngapeth atakiem z drugiej dołożył kolejny punkt. Dziesiąty punkt Lube nic nie dał, Mikhailov pięknym atakiem dał znów sześciopunktową przewagę swojej drużynie. Osmany Juantorena piekielną bombą zmniejszył straty do minus czterech punktów, wynik jednak nie drgnął ani na chwilę, bo każdy z ataków czy to Rosjan czy Włochów był skuteczny. Dopiero błąd w przyjęciu Leala sprawił, że Artem Volvich z łatwej piłki zdobył dwudziesty punkt dla Zenitu. Kolejny punkt to również jego zasługa – 15:21. Lube dwiema zmianami (weszli Stijn D’Hulst i Enrico Diamantini) próbowało odwrócić losy tej partii, ale ostatecznie Zenit Kazań wygrał 25:20 po ataku Maxima Mikhaylova.

Drugi set rozpoczął się od atomowych ataków Mikhaylova i Juantoreny. Ten pierwszy dołożył też punkt na wagę remisu w ważnej akcji, bowiem Lube mogło wyjść na prowadzenie 4:2. Stan meczu na 4:4 wyrównał Ngapeth. Kolejne dwie akcje to znów remis na tablicy wyników – 5:5. Alexey Samoylenko blokiem dał prowadzenie Zenitowi 6:7, a kolejne dwie czapy wysunęły Rosjan na 6:9. As serwisowy Robertlandego Simona zmniejszył straty do jednego punktu, ale Mikhailov, zdobywca siedmiu punktów w pierwszej partii ręki zwalniać nie zamierzał. Lube wzmocnilo zagrywkę, co przełożyło się na kolejny punkt bezpośrednio z zagrywki – Juantorena i zrobiło się po 11. Ngapeth pokazał w kolejnej akcji, dlaczego jest topowym zawodnikiem.

Pięknie na siatce oszukał Dragana Stankovica i zdobył dwunasty punkt dla swojej drużyny. Kolejne trzy akcje nie zmieniły w zasadzie wyniku, cały czas był remis – 13:13. Akcja na 16:15 dla Lube rozgrzała kibiców i zgotowali oni Lealowi owację, bo pięknym atakiem z drugiej linii zakończył dość długą wymianę. Sokolov utrzymał te jednopunktowe prowadzenie, dwukrotnie kończąc akcje swojego zespołu – 18:17. Matthiew Anderson pomylił się w ataku i przy stanie 20:18 trener Vladimir Alekno poprosił o czas. Niewiele to pomogło bo po błędzie w przyjęciu i punkcie Sokolova zrobiło się 22:19! Dwudziesty trzeci punkt dla Lube to też zasługa Bułgara. Ostatecznie włoska drużyna wygrała drugiego seta 25:22 po ataku Simona.

Trzeci set rozpoczął się od dwóch bloków Lube, w tym jeden to zasługa Leala, który powstrzymał Maxima Mikhaylova. Samoylenko też nie chciał być chyba gorszy od zawodnika pochodzenia kubańskiego, bo również postawił ścianę i zdobył punkt. 4:3 dla Lube to ciąg dalszy kapitalnej dyspozycji Leala, ale Mikhaylov również trafił w boisko – 4:4. Przy kolejnej akcji, która dała remis po pięć, kontuzji ręki doznał Bruno Rezende i musiał zejść z parkietu. Nie wpłynęło to jednak na dyspozycję jego kolegów, bo po autowym ataku Ngapetha zrobiło się 7:5. Dobrze rozgrywał D’Hulst i wynik cały czas oscylował w okolicach jedno – dwu punktowej przewagi – 11:9 dla Lube bo świetnej kiwce Stankovica na siatce. Zenit się nie poddawał i dążył do remisu. Udało im się po zablokowaniu Sokolova przy ataku z drugiej linii 13:13.

Błąd w zagrywce Juantoreny to kolejny remis, po 16. Anderson przypomniał sobie w najlepszy możliwy sposób, bowiem posłał asa i Zenit wyszedł na prowadzenie 16:17. Autowy atak Leala jeszcze ją tylko zwiększył – 16:18. Nie na długo, bo sprytem na siatce wykazał się Simon i mieliśmy kolejny remis – po 18, a Enrico Chester przywrócił prowadzenie Lube Civitanova – 19:18. Mikhaylov w aut i znów dwa punkty na korzyść Lube. Earvin Ngapeth atakiem i asem serwisowym wyrównał jednak stan trzeciego seta – 22:22. Pół godziny walki w tej partii i nikt nie było ani o krok przed rywalem, zapowiadała się znakomita końcówka. Seta mógł zakończyć Anderson, ale posłał piłkę daleko w aut. Wcześniej kapitalnym blokiem popisał się gracz Zenitu, mierzący aż 215 cm wzrostu Vadym Likhosherstov. Seta na przewagi zakończył blok na Sokolovie i czekała kibiców w Orlen Arenie czwarta partia. Do tej pory można było oglądać kapitalne widowisko.

Na czwartego seta do składu wrócił Bruno Rezende na rozegranie. Standardowo, jak to w Płocku, remis gonił remis. 1:1, 2:2, ale do czasu. Mikhaylov i Anderson wysunęli na prowadzenie 2:5. Lube nie mogło odebrać zagrywki rosyjskiego klubu, liczyło na błąd rywali i taki w końcu się pojawił. Zabrakło też trochę szczęścia bo piłka po bloku Lube wracała na stronę Zenitu, ale o włos minęła linię końcową. W końcu jednak udało się zmniejszyć straty do jednego punktu po błędzie Artema Volvicha. Siatkówka to jednak dyscyplina zmienna i nieprzewidywalna, więc po ataku Ngapetha było 5:8, a po kolejnym 6:9. Dragan Stankovic wspólnie z Lealem trzykrotnie stworzyli ze swoich rąk tak potężną ścianę, że remis – po 11, pojawił się bardzo szybko na tablicy wyników, akcja na 12:12 to popis gry defensywnej obydwu drużyn, gdzie Ngapeth był m.in trzykrotnie blokowany. Zenit jednak o punkt był, jak na przykład po błędzie serwisowym Leala.

Zenit zdołał uciec na dwa punkty po ataku w taśmę Tsvetana Sokolova, ale nie na długo. Stankovic znów blokiem i remis po 17, a Juantorena przywraca prowadzenie Lube i to Włosi byli teraz z przodu. Ich w tym secie interesowała tylko wygrana i można było się spodziewać emocji takich, jak w poprzednich setach. Kolejne akcje tylko to wszystko zdawały się potwierdzać, Skokolov skutecznie w ataku i ciągle to Lube prowadziło. Po asie Andersona Zenit prowadził, ale niedługo. Wyrównał na 21:21 świetnie dziś grający Stankovic. Leal w kontrze zdobył 22 punkt, a Simon zablokował Ngapetha i zrobiło się 23:21! Po chwili Francuz nadział się na blok kolejny i wygranie seta numer cztery było na wyciągnięcie ręki. Ale tą pomocną, przynajmniej chwilowo podali rywalom, bo Osmany Juantorena nie odebrał serwisu Andreya Surmachevskiego i zrobiło się tylko 24:23. Sokolov jednak skończył atak i euforia zapanowała wśród kibiców Lube oraz włoskich dziennikarzy.

Tie-break miał zdecydować o wszystkim. Wiadomo było, że ktoś zyska dwa punkty, a ktoś tylko jeden. ten drugi wariant w ogóle nie interesował Zenitu Kazań, bo porażka mogłaby postawić ich w bardzo trudnej sytuacji. Obie drużyny dość ostrożnie zaczęły ostatnią część gry, ponieważ mylili się głównie w polu serwisowym, stąd wynik 3:3. Zenit jednak uciekł na 3:5, ale szósty punkt dołożył Anderson punktem z ataku – 4:6. Mogło być równie dobrze 3:7, jednak piłka po bloku Ngapetha odbiła się miletry za linią boiska. Zamiast tego, Lube po świetnej akcji i ataku Leala doszło na 5:6, a po chwili dzięki Simonowi na 6:7. Przed obowiązkową zmianą stron Zenit objął prowadzenie 6:8, a po wznowieniu gry 6:9. Asa serwisowego posłał Alexander Butko.

Lube się w końcu ocknęło, siódmy punkt zdobył Sokolov, ale od czego Zenit ma Andersona – 7:10 i tylko pięć punktów dzieliło Rosjan od wygranej za dwa, niezwykle ważne punkty. Ngapeth w kontrze powiększył przewagę do czterech punktów – 8:12, a Mikhaylov z Samoylenką postawili skuteczny blok i tego meczu nie mieli prawa już przegrać. Czy aby na pewno? Robertlandy Simon dał sygnał do odrabiania strat i z 9:14 zrobiło się tylko 12:14! Za chwilę dołożył też piekielny atak na siatce, Mikhaylov walnął w aut i remis, po 14! Parę akcji później kolejny, po 16! Emocje udzieliły się kibicom, którzy zachwyceni gonitwą Lube w piątym secie zaczęli ich gorąco wspierać. 17:17 to błędy serwisowe Simona i Butki. Ostatecznie Włosi wygrywając 19:17 w tie-breaku sięgnęli po dwa punkty, stawiając obrońcę tytułu w bardzo trudnej sytuacji. Sami mają na koncie punktów aż pięć i jedną nogą są w turnieju finałowym w Rzeszowie!

Cucine Lube Civitanova – Zenit Kazań 3:2 (20:25, 25:22, 24:26, 25:23, 19:17)

Cucine: Sokolov (20), Juantorena (11), Stankovic (8), Leal (15), Simon (18), Rezende oraz Balaso (libero), D’Hulst, Massari, Diamantini, Cester (1)
Zenit: Anderson (16), Volvich (4), Ngapeth (22), Butko (3), Samoylenko (7), Mikhaylov (21) oraz Verbov (libero), Surmachervskiy (1), Likhosherstov (4), Alekseev, Krotkov (libero)
Sędziowali: Rogerio Espicalsky (Brazylia) oraz Bernaola Sanchez (Hiszpania)

Łukasz Zieliński
Fot.DR.




Sensacja w Orlen Arenie! Zenit Kazań przegrywa [FOTO]

Wczoraj późnym wieczorem Orlen Arena ożyła drugim meczem Klubowych Mistrzostw Świata. Tym razem było to starcie wewnątrz rosyjskie. Zenit Kazań, jeden z głównych faworytów tej imprezy zmierzył się z Fakiełem Nowy Urengoj. To było kapitalne spotkanie, a teoretycznie ci słabsi pokazali pazur i stawili potężny opór mocarnemu Zenitowi.

Gdy zrobiło się 13:7 dla Fakiełu zapewne wielu z oglądających ten mecz przecierało oczy ze zdziwienia. Ivan Iakovlev i Artur Udrys raz za razem punktowali Zenit. W końcu jednak rosyjski dream – team odpalił i doprowadzili do wyniku 13:14. Skuteczni byli m.in Matthiew Anderson i Maxim Mikhaylov, Fakieł z kolei nie mógł skończyć ataku. Przebudził się ponownie Udrys zdobywając 15 punkt, ale po chwili świetnie blokiem zagrał Anderson, a w jego ślady poszedł także Alexander Butko i było po piętnaście. Mogł też Zenit wyjść na prowadzenie w tym secie, ale amerykański atakujący został zablokowany.

Po ataku Denisa Bogdana było 19:18 i końcówka seta zapowiadała się znakomicie. 20:19 dla Fakiełu to skutek błędu serwisowego Mikhaylova. Zenit odpowiedział skutecznym atakiem Earvina Ngapetha, ale znów Fakieł był z przodu o jeden punkt. I tak to wyglądało, kiwka Udrysa dała tym teoretycznie słabszym kolejne prowadzenie, a kolejny jego atak wyprowadził drużynę na prowadzenie 23:21. Vladimir Alekno musiał poprosić o czas. Czy coś on zmienił? Nie, bowiem Zenit przegrał tego seta do 23. Zakończył go skutecznym atakiem Iakovlev, świetnie grający w tej partii.

Druga partia rozpoczęła się od remisu 1:1, ale klasę w bloku pokazał Egor Kliuka, notując kapitalny punkt tym elementem siatkarskiej gry. Dmitry Volvov atakiem z drugiej linii wyprowadził fakieł na prowadzenie 3:2, po chwili był jednak remis. Zenit nijak nie mógł narzucić swojego rytmu gry, ale w końcu wyszli na prowadzenie 4:3. Kolejny kapitalny blok to sprawka Andreya Ananeva, a w zasadzie dwa, bo czapy dostawali ci najwięksi w Zenicie. Jak np. Matthiew Anderson, zablokowany przez Udrysa. To sprawiło, że Zenit znów był pod kreską. Ale ruszyli i po ataku Ngapetha wyszli na prowadzenie 8:7. Nie na długo. Kliuka z Volkovem odzyskali prowadzenie dla swojej drużyny 11:9.

Iakovlev znów szalał na parkiecie, Fakieł ciągle prowadził. Atomowy atak Artema Volvicha z krótkiej i serwis Ngapetha znów zmienił wynik meczu, ale po chwili to Fakieł prowadził 17:15, a po autowym ataku Butki nawet 18:15. Drugiego seta można określić jednym słowem: kalejdoskop. No bo jak określić tego seta można inaczej? Zenit znów doszedł na remis po 18. I tak to trwało dalej, punkt za punkt. Ten sposób gry przełamała drużyna z Kazania i wyszła na prowadzenie 22:21. Jak Państwo sądzicie na długo? Słusznie, nie. 23:23 po dosłownie chwili i czekały kibiców ogromne emocje w końcówce w seta numer dwa. Grano na przewagi aż do momentu, gdy Earvin Ngapeth sprytnie zdobył 28 punkt dla swojej drużyny i Zenit wyrównał stan meczu na 1:1.

Początek trzeciego seta to obustronne błędy w zagrywce. Do czasu, gdy Dmitry Volkov zaserwował asa, a potem Zenit w ataku popełnił błąd. Było 5:3 dla Fakiełu, ale po chwili zrobiło się 6:6. Zapowiadał się kolejny, niezwykle wyrównany set. Volvich sprytnie zdobył ósmy punkt dla swojej drużyny, ale to Fakieł cały czas prowadził. Ngapeth wzmocnił serwis, którym sprawiał sporo problemów przyjmującym, Mikhaylov dołożył punkt z ataku i o czas musiał poprosić trener Fakiełu Camillo Placi. Pomogło o tyle, że Zenit przewagi swojej nie powiększył, cały czas wynosiła ona dwa punkty. W końcu trafił im się przestój i na tablicy wyników był znów remis, ale po chwili wykorzystując błędy w rozegraniu przeciwników, Zenit odskoczył na dwa punkty – 18:16 i 19:17. Mógł prowadzić więcej, ale Dmitry Volkov zagrał świetnie blokiem. Zapowiadała się znów ekscytująca końcówka, nikt nie chciał odpuścić co tylko świadczyło o tym, jak ważny był ten mecz dla obydwu drużyn. Artur Udrys zaatakował w antenkę i zrobiło się 23:20. Czas dla trenera Fakiełu niewiele pomógł, Zenit wygrał 25:21 i prowadził w meczu 2:1.

Czwarty set to kolejne remisy na początku tej partii. 1:1, 2:2, 3:3 i 4:4. W międzyczasie miała miejsce kapitalna wymiana, którą zakończył Alexander Butko genialnym blokiem. Egor Kliuka i Dmitry Volkov i Ivan Iakovlev odpowiednio atakiem i blokami wysunęli swoją drużynę na prowadzenie 7:4. Trener Zenitu Kazań musiał wziąć czas, bo perspektywa wygranej 3:1 bardzo się oddaliła. Anderson przerwał dobrą passę Fakiełu, Alexey Samoylenko dołożył blok, Mikhaylov także i momentalnie zrobiło się 7:7. Remis nie chciał się “odczepić” od drużyn, w końcu jednak Ananev posłał asa serwisowego a nieźle grający Ngapeth pomylił się w ataku i Fakieł wyszedł na prowadzenie 13:10. Piąty set wisiał w powietrzu. Iakovlev dołożył punkt blokiem i powiększył przewagę swojej drużyny.

Cztery punkty przy tak równo grających drużynach to był spory handicap. I tak to się utrzymywało przez dłuższy czas. Kapitalnie blokiem grali gracze z Urengoju, Zenit nijak nie mógł się przez niego przebić, więc zaczęli skutecznie grać i tym elementem siatkarskiego rzemiosła. Samoylenko i Anderson momentalnie odrobili prawie wszystkie straty i przewaga Fakiełu stopniała do zaledwie jednego punktu – 19:18, a po kolejnym świetnym ataku Ngapetha znów na tablicy wyników był remis. Kolejna szalona końcówka? Kolejny kalejdoskop? Kliuka z Udrysem wyprowadzili swoją drużynę na 21:19. Jakby tego było mało, za chwilę znów as serwisowy i prowadzenie 22:19. Mikhaylov pomylił się w zagrywce i było co raz bliżej piątego seta. Zakończył go atakiem Udrys i wygrana przez Fakieł 25:22 stała się faktem.

Piąty set to gra punkt za punkt. Znów remis, który dzisiejszego wieczoru wręcz prześladował zawodników z Rosji. 1:1, 2:2, 3:3 i 4:4. Udrys szalał w ataku, rozgrywał kapitalne zawody. Będzie musiała PGE SKra Bełchatów na niego jutro uważać. Błędy własne Zenitu Kazań dały dwa punkty przewagi rywalom – 7:5 a po chwili 8:6. Sensacja wisiała w powietrzu, w końcu to miał być łatwy mecz dla takiej drużyny jak Zenit, ale Fakieł postawił potężny opór. I za to należą im się brawa. Po zmianie stron przewaga cały czas się utrzymywała, Dmitry Volkov skutecznym atakiem wciąż dawał nadzieje swoim kolegom na wygraną. Niestety popełnił błąd w rozegraniu piłki i zrobiło się po 10. Dwie i pół godziny meczu i brak zdecydowanego kandydata do wygrania. Volkov i Mikhaylov zdobyli po punkcie i ciągle był remis. Fakieł po bloku Denisa Bogdana wyszedł na 13:11 i o czas poprosił Vladimir Alekno. Nic to nie dało, bowiem Ananev znakomicie zablokował rywala i piłka meczowa stała się faktem. A błąd w przyjęciu zagrywki ten mecz po prostu zakończył! Sensacja stała się faktem, Zenit poległ i stracił dwa punkty.

Zenit Kazań – Fakieł Nowy Urengoj 2:3 (23:25, 28:26, 25:21, 22:25, 11:15)

Zenit: Anderson, Wolvich, Ngapeth, Butko, Samoilenko, Michajłow, Verbov (libero).
Fakieł: Ananiev, Kolodinskiy, Udrys, Iakovlev, Volkov, Kliuka, E. Shoji (libero) oraz Kolenkovskii, Bogdan, Rukavishnikov.
Sędziowali: Ali Jaafar Ebrahim (Bahrajn) i Goran Gradinski (Serbia).

Łukasz Zieliński
Fot. DR.




Lube za mocne dla Skry! Gwiazdy siatkówki na płockim parkiecie [FOTO]

W pierwszym meczu grupy A siatkarskich Klubowych Mistrzostw Świata bełchatowska Skra przegrała z Cucine Lube Civitanova 1:3. Mecz stał na bardzo dobrym poziomie, ale miał też swojego negatywnego bohatera. Hiszpański sędzia Bernaola Sanchez swoimi decyzjami wprowadzał chaos i wywoływał wściekłość zawodników. Trybuny parę razy też się zagotowały.

Pierwszy set rozpoczął się znakomicie dla PGE Skry Bełchatów. Prowadzili bowiem 4:1, ale Lube dość szybko zbliżyło się na jeden punkt (4:3). Po chwili wyszli nawet na prowadzenie, ale blokiem punktowym Karol Kłos doprowadził do remisu (6:6). Po chwili było jednak 7:9, a as serwisowy Tsvetana Sokołowa sprawił, że o czas poprosił Roberto Piazza, trener bełchatowian. Trzy punkty przewagi gości utrzymywały się dość długo, było 8:11 czy 9:12. As serwisowy Bruno Rezende, skuteczny atak ze środka Dragana Stankovica czy potężny blok Osmany Juantoreny sprawił, że Lube Civitanova odskoczyła na 10:16.

Bełchatowianie popełniali w tej partii bardzo dużo błędów, byli nieskuteczni w przyjęciu i ataku. Po czasie na żądanie udało im się odrobić dwa punkty, m.in po świetnym ataku Artura Szalpuka. Po nieskutecznym challengu nawet trzy i końcówka seta zapowiadała spore emocje. Blok Kochanowskiego jeszcze tego dopełnił i przy wyniku 14:16 o czas poprosił Giampaolo Meder. Show Kochanowskiego trwał dalej bo posłał asa serwisowego! Kolejny jego serwis był niestety autowy, ale Mariusz Wlazły pokazał w ataku wszystko to z czego jest znany w Polsce i na świecie. Emocje zaczęły przybierać na wadze, drużyny grały punkt za punkt. Rozszalał się Wlazły, Grzegorz Łomacz dobrze dogrywał i można było mieć nadzieję, że Skra tego seta wygra. Niestety, nie przyjęta zagrywka Leala pozwoliła gościom uciec na trzy punkty, a po skutecznym ataku Sokołowa nawet na cztery. Taką przewagą zakończyła się ta partia i to Lube było o jeden krok bliżej do wygrania spotkania.

Początek drugiego seta to wyrównana gra, obie drużyny popełniły po jednym błędzie serwisowym, ale niestety, Skra przegrywała 2:4. Błąd w rozegraniu, a potem serwis w siatkę Wlazłego utrzymywał tę przewagę. Udało się zbliżyć na jeden punkt, ale Robertlandy Simon i Leal utrzymywali cały czas swoją drużynę na prowadzeniu. Skra się nie poddawała, a blok Szalpuka doprowadził do remisu po osiem. mecz się wyrównał, ale znów Lube odskoczyło na dwa punkty a po chwili na trzy po dwóch świetnych zagrywkach Juantoreny. O czas poprosił trener bełchatowian z nadzieją, że gra jego zespołu ulegnie znacznej poprawie. Po ataku Leala zrobiło się 10:14, na szczęście Szalpuk przerwał serię bez punktu i zdobył jedenasty dla swojej drużyny. Trener Piazza szukał rozwiązań na lepszą grę, wprowadził na parkiet Kamila Droszyńskiego i Renee Teppana w miejsce Wlazłego i Łomacza.

Zmiana była chwilowa i po chwili podstawowi gracze wrócili na parkiet. Błędy własne sprawiły, że Lube odskoczyło na trzy punkty (16:19). Szalpuk, kontynuował swoją skuteczną grę i ciągle można było nadzieję na wygraną Skry. Jakby tego było mało, dołożył punkt blokiem (19:20) i o czas poprosił Medei. Remis to sprawka Mariusza Wlazłego, który świetnie serwował i skończył piłkę na 20:20. Sekundy później było 21:20 ! Skra się rozpędziła i dołożyła kolejny punkt asem serwisowym! Wlazły, a jakże! W końcu się pomylił, ale Artur Szalpuk znów pokazał klasę. Milad Ebadipour sprawił, że piłka setowa należała do bełchatowian – 24:22. Autowy atak Leala zakończył drugiego seta i zrobiło się 1:1!

Trzeci set nie zaczął się najlepiej dla Skry. Po ataku Sokołowa było 0:2. Antenki dotknął Szalpuk i było 1:3. W końcu spudłował Leal i było 5:5. Widać było dużą wolę walki w ekipie Skry, chcieli uniknąć scenariuszy z dwóch poprzednich setów. Ale to Lube znów odskoczyło na dwa punkty i ponownie było wiadomo, że emocji w tym secie nie zabraknie. Atomowy atak Leala dał wynik 7:9, a jakby tego było mało, dołożył punkt serwisem. Przy wyniku 7:10 czas dla PGE Skry. A po czasie… znów as serwisowy Leala… i kolejny! Błąd Skry w przyjęciu spowodował zwiększenie przewagi Lube aż do sześciu punktów – 7:13! Przełamał się w końcu Wlazły, a autowy atak Juantoreny pozwalał na wiarę w to, że set zostanie wygrany przez Skrę. Milad Ebadipour asem te nadzieje zdawał się podtrzymywać, ale Sokołow dał swojej drużynie czteropunktową przewagę.

Niestety, blok Włochów dopadł i Wlazłego i zrobiło się 11:16. Ale jak na kapitana przystało, dał sygnał do walki. Świetna zagrywka i atak, ale po chwili też i błąd w polu zagrywki i było 14:17. Gra punkt za punkt nie była na rękę Skrze, ale nie było jak dopaść zawodników z Lube. Mało tego, powiększyli przewagę do czterech punktów – 16:20. Błąd Juantoreny w ataku dał jeszcze nadzieję na wygranie trzeciej partii, zrobiło się bowiem tylko 19:21. Niestety, znów błędy i znów strata do Lube wynosiła cztery punkty. Na dodatek za dyskusję żółtą kartką ukarany został Mariusz Wlazły. Udany blok siatkarzy z Bełchatowa sprawił, że cała hala wstrzymała oddech, piłka trafiła w samą linię. Ostatecznie kapitan PGE Skry autowym atakiem zakończył trzeciego seta, którego wygrało Lube Civitanova 21:25.

Czwarty set to gra punkt za punkt. Było 1:1, 2:2 i 3:3 po świetnym ataku Ebadipoura. mogło być4:4 za sprawą Mariusza Wlazłego, ale było dotknięcie siatki. Z 3:5 po chwili zrobiło się 5:5 po świetnym serwisie “Szampona” i ataku z przechodzącej piłki Szalpuka. Spudłował Sokołow z zagrywki i znów był remis. Błąd w rozegraniu akcji Skry i skuteczny atak Osmany Juantoreny wyprowadził Lube na wynik 6:9. Jakby tego było mało, Bruno Rezende złapał na bloku Karola Kłosa. Blokiem poczęstowwał rywali Jakub Kochanowski, ale sędzia stwierdził, że sprawdzi dotknięcie siatki. Oczywiście tego dotknięcia nie było, a za dyskusję Kacper Piechocki zobaczył czerwoną kartkę! Sędzia dzisiejszego był w bardzo kiepskiej dyspozycji, wprowadzał momentami nerwową atmosferę, a wspomnianą kartką wywołał wręcz wściekłość na trybunach! Wzmógł się doping dla PGE Skry, ale nijak bełchatowianie nie mogli się zbliżyć na więcej niż dwa punkty straty. Niestety pomylił się i Artur Szalpuk i zrobiło się 14:18. A po chwili 14:19.. Kiwka Wlazłego dała piętnasty punkt, ale Simon odpowiedział równie skutecznie. Dołożył też asa serwisowego i zrobiło się 15:21. I gdy wydawało się, że set się skończy dość spokojną wygraną Lube, to Skra nagle wróciła do gry. Doping w Orlen Arenie niósł bełchatowian, Mariusz Wlazły serwował jak w transie, ale Rezende zablokował Szalpuka w ostatniej akcji i set czwarty padł łupem włoskiej drużyny w stosunku 25:27.

PGE Skra Bełchatów – Cucine Lube Civitanova 1:3 (21:25, 25:22, 21:25, 25:27)

PGE Skra: Łomacz, Wlazły, Kłos, Kochanowski, Szalpuk, Ebadipour, Piechocki (libero) oraz Droszyński, Teppan.
Lube: Sokołow, Juantorena, Stanković, Leal, Simon, Bruno, Balaso (libero) oraz D’Hulst, Massari, Cantagali.
Sędziowali: Bernaola Sanchez (Hiszpania) i Rogerio Espicalsky (Brazylia)

Łukasz Zieliński
Fot. DR.




Mariusz Wlazły: Zawodnicy, którzy zagrają w Płocku to światowa czołówka

Możliwość spotkania siatkarskiego idola takim jak, bez wątpienia, jest Mariusz Wlazły to doświadczenie niezwykłe. Świetny człowiek, znakomity siatkarz. Miał dziś sporo do powiedzenia – liczy na kibiców i doping dla PGE Skry Bełchatów. Już jutro startują w Płocku Klubowe Mistrzostwa Świata w siatkówce, stąd obecność siatkarskich gwiazd w naszym mieście.  

Dziś miałem możliwość porozmawiania z trenerem Skry, Roberto Piazzę, o to co powiedział: – Nasze oczekiwania są takie, żeby wrócić na nasz poziom gry. Nie jest ważnym, jak mecze wygrywasz czy przegrywasz. Ważnym jest to, jak wrócić na swój poziom. Lube, Zenit i Fakieł są bardzo mocnymi drużynami. Wczoraj (Skra przegrała w Zawierciu 1:3) to było… wczoraj. Jutro mamy bardzo ciężki mecz przeciwko Lube Civitanova. Sądzę, że to będzie fascynujący mecz i chciałbym, żeby taki był dla moich graczy.

Trochę więcej powiedział kapitan PGE Skry, żywa legenda tego klubu i polskiej siatkówki – Mariusz Wlazły. To był zaszczyt, a o to, co kapitan bełchatowian miał do powiedzenia przed KMŚ: – Jako drużyna będziemy chcieli zagrać na swoim poziomie i do tego będziemy dążyć. Zdajemy sobie sprawę, że spotkamy się z najlepszymi drużynami na świecie i zawodnikami, którzy stanowią o ich sile. Będziemy walczyć w każdym spotkaniu i postaramy się szalę zwycięstwa przechylić na naszą stronę.

To jednak jest sport i wszystko może się zdarzyć. Wiem, że nie jesteśmy faworytami, ale cieszymy się, że możemy brać udział w Klubowych Mistrzostwach Świata. Czy to dla mnie, czy dla najmłodszego zawodnika z naszej drużyny to będzie okazja, żeby zebrać kolejne doświadczenia – tłumaczył.

Uspokoił też kibiców. Docenił grę Viretu Zawiercie i jak przyznał, dawno nie widział tak świetnie grającej drużyny, zwłaszcza w dwóch pierwszych setach. Na dziś, nie jest to jednak najważniejszą sprawą, bowiem chcą myśleć tylko i wyłącznie o turnieju. Siatkarz ma świadomość, że było mnóstwo błędów w ich grze, ale Viret naprawdę grał świetnie. Jest też przekonany, że w Zawierciu punkty stracą kolejni rywale, bo jak powiedział, ta drużyna jest i będzie bardzo niewygodnym rywalem dla każdego innego zespołu w Polsce.

Mariusz Wlazły zachęcił do przyjścia na halę: – Myślę, że najlepszym powodem do bycia na hali będzie fakt, że spotykają się najlepsze drużyny na świecie. Zawodnicy, którzy zagrają w Płocku to ścisła światowa czołówka! Mecz siatkarski na żywo, a mecz w telewizji to zupełnie coś innego ! Zapraszam na trybuny!

Nie pozostaje nic innego jak zaprosić naszych czytelników na trybuny i wpierać klub z Bełchatowa! Poza tym, za niewielkie pieniądze można będzie obejrzeć w akcji siatkarskie gwiazdy. Ngapeth, Juantorena, Wlazły, Rezende, Spiridonov czy wielu innych. To są takie nazwiska w siatkówce, które równają się piłce nożnej z Ronaldo i Messim na czele! Zatem na halę !

Łukasz Zieliński




Nafciarze stracili punkty w Poznaniu. Szkoda

W meczu 16. kolejki LOTTO Ekstraklasy Wisła Płock rywalizowała na wyjeździe z Lechem Poznań i mimo tego, że otworzyła wynik sobotniego spotkania to gospodarze byli górą. Kolejorz wygrał 2:1 (2:1), a honorowe trafienie zanotował kapitan Damian Szymański.

Dość spokojny przebieg miał początek dzisiejszego pojedynku. W 3. minucie jako pierwszy w statystyce celnych strzałów zapisał się Volodyyr Kostevych, a dłużny pozostać nie chciał mu Giorgi Merebashvili w 7. minucie spróbował uderzenie z dystansu. Między minutami 11-15. mieliśmy wymuszoną przerwę spowodowaną wrzuceniem na boisko serpentyn, a po niej nieudanie z rzutu wolnego kopał Darko Jevtić. W 23. minucie niezłej akcji Nafciarzy zapoczątkowanej przez Damiana Szymańskiego nie wykorzystał Dominik Furman, a następnie to Christian Gytkjaer wyraźnie przestrzelił z ostrego kąta.

W 29. minucie doszło do długo wyczekiwanego otwarcia wyniku. Daleki wyrzut piłki z autu Marcina Warcholaka opłacił się, bowiem niekryty przez nikogo w polu karnym kapitan Szymański z bliska trafił do siatki! Niewiele potem było bardzo blisko podwyższenia rezultatu, po tym jak Furman płasko dośrodkował z rzutu karnego, a futbolówkę “niechcący” trącił Gytkjaer i o mało nie zaskoczył Jasmina Buricia, którego uratował słupek. Kolejne minuty to z kolei nieco konkretniejsze poczynania zawodników Kolejorza, którzy w odstępie kilku minut trzykrotnie zagrozili Thomasowi Dähne. Najpierw niecelnie główkował Thomas Rogne, później uderzał Jevtić, a na koniec Niemiec popisał się fantastyczną interwencją po kolejnej główce tym razem duńskiego napastnika. W doliczonym czasie gry stało się jednak najgorsze – Lechici nie dość, że wyrównali, dzięki bramce Jevticia, to jeszcze przed gwizdkiem kończącym połowę Gytkjear strzałem nie do obrony, po raz drugi pokonał Dähne.

Szybko po zmianie stron blisko pokonania Buricia był natomiast Furman, który dobrze przymierzył z wolnego, ale golkiper gospodarzy zdołał sparować tę próbę na poprzeczkę. Tak mało brakowało! Zdecydowanie dalej do celu miała piłka po kolejnej próbie Jevticia, którą nasi defensorzy w porę zdążyli przyblokować. Przez długie minuty drugiej odsłony gra ofensywna nie układała nam się tak jakbyśmy chcieli. Ataki z reguły kończyły się an 16. metrze. Nie inaczej było jednak po przeciwległej stronie boiska. Widząc, że nie idzie trener Kibu Vicuña na ostatni kwadrans zdecydował się wpuścić na plac boju Semira Štilicia i Karola Angielskiego, a później także Caló. Zmiany niestety nie pomogły i choć staraliśmy się jak mogliśmy to Bułgarska nadal pozostaje przez nas niezdobyta.

Kolejny ligowy mecz Nafciarze rozegrają już za tydzień, gdy w sobotę, 1 grudnia, o godzinie 15:30, na Stadionie im. Kazimierza Górskiego podejmować będą zespół Górnika Zabrze.

Lech Poznań – Wisła Płock 2:1 (2:1)

0:1 – Damian Szymański 29′
1:1 – Darko Jevtić 45+1′
2:1 – Christian Gytkjaer 45+4′

Lech Poznań: 1. Jasmin Burić – 2. Robert Gumny, 26. Rafał Janicki, 4. Thomas Rogne, 22. Volodymyr Kostevych – 25. Pedro Tiba (C), 6. Łukasz Trałka, 10. Darko Jevtić (74, 7. Maciej Gajos) – 17. Maciej Makuszewski (66, 37. Marcin Wasielewski), 32. Christian Gytkjaer (90, 11. Dioni Villalba), 29. Kamil Jóźwiak.

Wisła Płock: 30. Thomas Dähne – 20. Cezary Stefańczyk, 26. Igor Łasicki, 18. Alan Uryga, 2. Marcin Warcholak – 8. Dominik Furman, 6. Damian Rasak (76, 19. Karol Angielski) – 7. Nico Varela (84, 11. Caló Oliveira), 4. Damian Szymański (C), 10. Giorgi Merebashvili (76, 23. Semir Štilić) – 21. Ricardinho.

Żółte kartki: Jevtić – Stefańczyk, Ricardinho, Angielski.
Sędzia: Paweł Raczkowski (Warszawa).
Widzów: 8 442.

Źródło i fot: Wisła Płock