Nowy wygląd zyskają bulwary wiślane w Płocku. To już pewne [FOTO, FILM, WIZUALIZACJA]

– Dla mnie, jako prezydenta Płocka, ten piątek pozostanie bardzo ważnym dniem – powiedział Andrzej Nowakowski na konferencji prasowej poprzedzającej podpisanie umowy między ratuszem, a spółką PORR – wykonawcą nowych bulwarów wiślanych.Podpisanie umowy z wykonawcą nabrzeża odbyło się w obecności dziennikarzy na tarasie prowadzącym na molo.

Formalności, związane m.in. z przekazaniem placu budowy powinny zakończyć się w sierpniu i już na początku września można spodziewać się rozpoczęcia prac budowlanych przy wiślanej promenadzie. Andrzej Nowakowski przypomniał, że zaczynające się przedsięwzięcie to pierwszy etap rewitalizacji tego miejsca. Przebudowany zostanie odcinek bulwarów od siedziby klubu Morka do mostu im. Legionów Piłsudskiego. Powstanie całkowicie nowa ul. Rybaki, która prowadzić będzie przy skarpie. Przebudowana zostanie na odcinku kilometra od starego mostu do pierwszych płyt drogowych w rejonie amfiteatru. Nowa będzie nawierzchnia, chodniki, zatoki samochodowe i parkingi. Powstanie też ścieżka rowerowa.Wzdłuż rzeki powstanie promenada spacerowa, która będzie ciągnąć się od mostu do nowego portu, który PORR zbudować musi obok siedziby Morki. Wraz z portem powstaną nowe ostrogi, które ułatwią korzystanie z portów (nowego i starego) oraz „odepchną” główny nurt rzeki od jej prawego brzegu i dzięki temu zapobiegną niszczeniu plaży.

Wzdłuż promenady z kolei staną nowe ławki, stojaki na rowery, oświetlenie, budynek socjalny z ogólnodostępnym WC, będzie też nowy plac zabaw oraz skwer biznesowy – miejsce, w którym można będzie doładować sprzęt mobilny. Zbudowana zostanie także ścieżka biegowa o długości 4 kilometrów, to nowość w Płocku. – Całość będzie nas kosztować 32 mln zł, przy czym cały czas staramy się o 20 mln zł unijnego dofinansowania. Jeśli zdobędziemy te środki, to 20 mln zł będziemy mogli przeznaczyć na inne przedsięwzięcia. I jeśli zdobędziemy to dofinansowanie to czas zakończenia inwestycji nad Wisłą upłynie 30 czerwca 2018 roku – dodał prezydent Płocka. Andrzej Nowakowski. Jeżeli nie będzie pieniędzy z UE to czas realizacji może się przedłużyć.

Obecny na konferencji wiceprezydent Płocka Jacek Terebus dodał, że przy okazji tych prac powstanie infrastruktura, której w tym miejscu bardzo brakuje: sieć kolektorów sanitarnych, deszczowych, sieć energetyczna. Jest to ukłon m.in. w kierunku inwestorów, którzy interesowali się rejonem Rybaków, ale odstraszał ich właśnie brak infrastruktury.Umowę ze strony PORR podpisali członkowie zarządu tej spółki – Marcin Lewandowski i Jakub Chojnacki. – Chciałem podziękować inwestorowi za zaufanie do naszej firmy i zlecenie tego ciekawego projektu. To już trzeci kontrakt, na który podpisujemy umowę z miastem – podkreślał Jakub Chojnacki. – Znamy zamawiającego. Wiemy, że jest wymagającym partnerem, ale także gotowym do współpracy i pomocy. Deklarujemy jak najszybsze rozpoczęcie prac i postęp robót – dodał.

– Termin jest napięty, ale nasza dotychczasowa współpraca z miastem pokazała, że projekty Płocka są dobrze przygotowane i dzięki temu można tak krótkich terminów dotrzymać – uzupełnił Marcin Lewandowski. Przedstawiciele firmy PORR pytani przez nas o ilość osób, które będą pracowały przy przebudowie bulwarów, zgodnie odpowiedzieli, że będzie to ponad 100 pracowników.  

 

Źródło: UMP

Fot. Dziennik Płocki




Mój pierwszy raz. Jarosław Szałkowski: Przydałby mi się wtedy mikrofon [FOTO]

Po grze na jakim instrumencie wręcz „rozebrała” mu się ręka? Kiedy poszedł na swoje pierwsze wagary i co ważnego wówczas w życiu pana Jarka się wydarzyło? Jakie jest jego największe marzenie i czy uda mu się je spełnić? O tym wszystkim, i nie tylko, opowiada mi Jarosław Szałkowski.

Pana Jarka poznałam przy okazji koncertu, który zorganizował w swoim zajeździe w Słupnie. Chociaż spotkaliśmy się pierwszy raz, to nie przeszkadzało nam zupełnie, aby rozmawiać o wszystkim. Jak to się mówi – gadaliśmy jak starzy znajomi, którzy nie widzieli się zaledwie kilka dni. Koniecznie musicie wiedzieć, że pan Jarek ma w życiu wiele pasji. Oprócz gotowania, o którym potrafi mówić godzinami, jest też wytrawnym animatorem kultury – organizuje koncerty, które przyciągają tłumy do zajazdu – o jakże swojsko brzmiącej nazwie – Mazowsze. Pan Jarosław jest także muzykiem, lubi sport i … Ale o tym za chwilę.

Umówiliśmy się na rozmowę w jego zajeździe, kawa szybko ląduje na stole. Pan Jarek jak zwykle uśmiechnięty, pełen optymizmu i spokoju. Czego bardzo mu zazdroszczę i staram się tym od niego zarazić. – Chętnie się podzielę – mówi z łagodnym uśmiechem. Rozmowa ma być o tym pierwszym razie, ale oczywiście mamy sto innych tematów do omówienia – muzyka, książki, gotowanie. Mój zestaw pytań zdaje się na nic. W końcu jednak zaczynamy – tradycyjnie, od dzieciństwa.

Rurki z kremem ale nie na wagarach

Mało wiem o moim rozmówcy, znam go przecież z dorosłego życia. – Jak mały Jarek spędził swoje pierwsze wagary? – staram się poznać dziecięcy świat mojego rozmówcy. – W zasadzie w szkole podstawowej nie wagarowałem, miałem super klasę, w której tworzyliśmy fajną paczką. Dowodem na to są nasze kontakty i przyjaźnie, które trwają do dziś – mówi z błyskiem oku. – Po szkole trenowałem kajakarstwo wyczynowe i musiałem się dobrze organizować, aby połączyć naukę i sport. Pierwsze wagary były dopiero po ukończeniu podstawówki i już byłem nie taki mały, bo miałem wtedy prawie 17 lat – śmieje się głośno. – Z kolegą z klasy mieliśmy „na oku” fajne dziewczyny, którym wypadało pokazać, jak wygląda najładniejsza cześć Płocka Poznałem wtedy najpiękniejszą kobietę w moim życiu, z która spędzam czas do dziś – wyznaje. – Jesteśmy małżeństwem z 26 – letnim stażem – dodaje.

Wszyscy w Słupnie i okolicy wiedzą, że pan Jarosław prowadzi z powodzeniem zajazd. Ale kiedyś musiał zacząć zarabiać. Jak zatem zarobił swoje pierwsze pieniądze i na co je przeznaczył? Mój rozmówca chwilę się zastanawia, cofa się pamięcią wstecz. – Pierwszy grosz zarobiłem na zabawie tanecznej, grając na akordeonie. To było niesamowite wyzywanie z uwagi na fakt, że nikt nie pomyślał wtedy, że przydałby się jakiś mikrofon dla mnie – wspomina. – Na siłę próbowałem udowodnić, że zagram głośniej niż koledzy na gitarach elektrycznych, którzy oczywiście się nie słyszeli i dawali ostro po heblach na czele z perkusistą – nie ukrywa śmiechu. – Moja lewa ręka po nocy, podczas której cały czas grałem, w pewnym momencie straciła czucie i odmówiła posłuszeństwa. I właśnie wtedy postanowiłem, że zmienię instrument na elektroniczne organy lub syntezator – na ten cel zbierałem grosz do grosza – przyznaje. – Chociaż najfajniejsze pieniądze zarobiłem – uśmiecha się tajemniczo, zawieszając głos. – To wesoła historia i myślę, że co niektórzy nie uwierzą – na rurkach z bitą śmietana, które sam produkowałem i wstawiałem do sklepów – wspomina stare czasy.

Skoro już wiemy, jak bohater naszej rozmowy poznał swoją żonę, czas zatem na dzieci. Co pan poczuł, kiedy urodziło się wam pierwsze dziecko? – To było niesamowite przeżycie – odpowiada natychmiast. – Byłem przy mojej żonie podczas narodzin naszej córki Natalii. Westchnąłem, uroniłem łezkę szczęścia i podziękowałem Bogu za dar życia dla naszego dziecka. Uradziła się zdrowa bez żadnych powikłań i jest teraz piękną kobietą – owoc naszej miłości – mówi z dumą w głosie. – To samo poczułem kiedy urodził nam się syn – Janek. Między dziećmi jest 10 lat różnicy, zatem sporo. Pamiętam, że przeżywałem wszystko tak jakby to był ten… pierwszy raz. A teraz mam te trzy moje szczęścia w domu – przyznaje z uśmiechem.

Marzenia zapisane w dekalogu

Jak wiemy w gminie Słupno szykują się przedterminowe wybory. I chociaż pan Jarek nigdy nie pomyślał, że będzie się zajmował polityką, to jednak jako lokalny patriota zdecydował się kandydować do Rady Gminy. Nie mogę pominąć tego tematu. Co sprawiało – taka pierwsza sytuacja, kiedy postanowił pan, że chce zostać radnym gminy? – Podczas jednego z koncertów w zajeździe Mazowsze nasza przyjaciółka powiedziała: „Jarek przecież ty powinieneś kandydować na radnego w swojej gminie”. Dodała – „mieszkańcy Słupna potrzebują stabilizacji, integracji i spokoju w gminie, połączonego z kreatywną promocją gminy”. Uznałem, że to są wartości, którymi właściwie kieruję się w życiu, z cierpliwością realizuję swoje pomysły w życiu codziennym – tłumaczy mi ze spokojem. – Myślę, że to jest dobry początek. Mam pomysły i chcę działać, a jeśli można przy tym pomóc mieszkańcom, to w ogóle nie musiałem się długo zastanawiać nad tą decyzją – dodaje.

Co według pana Jarosława jest na pierwszym planie do zrobienia na terenie gminy Słupno? – Woda – odpowiada bez chwili zastanowienia kandydat na radnego. – Woda i infrastruktura z nią związana, jest jedną z najistotniejszych spraw dla nas wszystkich – podkreśla. – To dzięki wodzie mamy przecież życie, a dzięki nowej infrastrukturze będziemy wydawać więcej pozwoleń na budownictwo mieszkaniowe. W ten sposób gmina pozyska nowych mieszkańców. Gmina ma też świetną lokalizację i dzięki dobremu zarządzaniu, staniemy się jeszcze bardziej atrakcyjniejsi dla potencjalnych inwestorów. Jest taki swoisty dekalog, który zawiera dużo ważnych punktów, opierający się na zrównoważonym i stabilnym programie rozwoju gminy – stwierdza jednoznacznie. I widać, jak zamyśla się, patrzy w okno – daleko przed siebie. – Stało się coś? – pytam. – Nie, nie, pomyślałem tylko, że ten spokój i stabilizacja w działaniu jest tak bardzo ważna, dla nas – mieszkańców, którzy żyjemy tu na co dzień.

Radykalnie zmieniam temat, bo czas ucieka, druga kawa prawie dopita. I chociaż żal odjeżdżać ze Słupna, to jednak musi paść to sakramentalne, ostatnie pytanie. Marzenie, które cały czas jest w panu, a nigdy nie udało się go spełnić, a byłoby tym… pierwszym razem? – To rejs statkiem po morzach i oceanach z moją rodziną. Podróże, kuchnia, gotowanie – to moje pasje. Chciałbym odkrywać nowe miejsca, poznawać kulturę i smaki różnych narodów – oj popłynął mi pan Jarosław w rozmowie bardzo daleko. – Chcę jeszcze przygotować się do kulinarnego pucharu Polski kucharzy zawodowych i w nim wystartować – uśmiecha się, a oczy błyszczą jak dwa rozpalone węgle, na samą myśl o spełnieniu marzenia.

Czego Jarosławowi Szałkowskiemu życzymy z całego serca. A jak już się uda spełnić marzenie – to daleko wybiegające w przyszłość – to niech szybko wraca do Słupna, do swojej małej ojczyzny. Bo tu też jest potrzebny ze swoimi pomysłami i kreatywnością.

Fot. Archiwum prywatne Jarosława Szałkowskiego




W niecodziennej oprawie muzycznej. Potańcówka na Starym Rynku już wkrótce

Do rozpoczęcia VI edycji Vistula Folk Festival pozostało już tylko kilka dni. Płockie święto folkloru trwać będzie od wtorku, 22 sierpnia, do niedzieli – 27 sierpnia. W ciągu sześciu dni na Starym Rynku, w Parku Północnym i Amfiteatrze wystąpią zespoły z sześciu krajów.

W piątek 25 sierpnia organizatorzy festiwalu zapraszają na Starówkę na potańcówkę ludową z zespołem Wowa z Charkowa. Wstęp na nietypową imprezę jest bezpłatny.

Piosenki grupy Wowa z Charkowa to z jednej strony przewrotne, dowcipne teksty, z drugiej zaś ostra energetyczna muzyka, porywająca słuchacza od pierwszych taktów. Czuć w niej wpływy wielu gatunków muzycznych, lecz w całości składa się ona na niezwykle oryginalny projekt artystyczny. Nie brakuje tu satyry i bandyckiej duszy podrasowanych wpadającą w ucho melodią. Wowa i jego kompani dzielą się żądzą zabawy do upadłego, złością i radością, zamętem i bzdurą. W ich twórczości można odnaleźć ironię, czarny humor i zmysł do operowania oryginalnymi środkami wyrazu. Bohaterowie piosenek to zwykli ludzie i sytuacje z życia codziennego.

Muzycy mają na swoim koncie wiele sukcesów: zajęli II miejsce na Międzynarodowym Festiwalu Wladimira Wysockiego, zagrali koncert wieczoru na II Międzynarodowym Festiwalu Zbliżenia Kultur oraz na festiwalu Wołodia pod Szczelińcem w lipcu 2015. Słuchacze radiowej „Trójki” przyznali zespołowi Wowy I miejsce za jego autorski utwór „Nochnaya geograficheskaya pesnya” w plebiscycie zorganizowanym podczas audycji „Polscy chłopcy w językach obcych”. Muzycy mają wieloletnie doświadczenie, które zdobyli występując w telewizji, radiu oraz grając ponad 400 koncertów w kraju i za granicą, obok takich artystów jak: Gipsy Kings, Kult, Lady Pank, Closterkeller i innych. Wowa nagrał utwór „Nie dla mienia” do filmu „Fotograf” (2014) Waldemara Krzystka.

Vistula Folk Festival odbędzie się w dniach 22-27 sierpnia. Bilety na uroczysty Koncert Galowy (26 sierpnia, Amfiteatr) w cenie 10 zł można jeszcze kupić w siedzibie Płockiego Ośrodka Kultury i Sztuki (ul. Tumska 9a, w godz. 7:30 – 15:30 od pon. do pt.), na stronie internetowej www.pokis.infoserw.pl (możliwość wygasa na 5 dni przed imprezą), a także podczas Koncertu Inauguracyjnego (23 sierpnia, Park Północny), na który wstęp jest bezpłatny. Więcej informacji znajdziecie na stronie Vistula Folk Festival

Sponsorami festiwalu są: PKN ORLEN SA, Bastion, Oknoplast, Hörmann, Mega-Bud oraz Gret-Pol.
Patroni medialni: Tygodnik Płocki, Dziennik Płocki, Gazeta Wyborcza, Portal Płock, Plocman.pl, Gostynin24.pl, Teraz Gąbin, E-Wyszogród, Etnosystem.pl.




Droga przez mękę, czyli… wydeptana droga do MOPS po świadczenie

Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej – Dział Świadczeń Rodzinnych przy Placu Dąbrowskiego 1 w zeszłym tygodniu przeżywał prawdziwe oblężenie. Po kilka godzin ludzie stali w kolejkach ze stertami papierów pod pachą. 

Większość osób przyszła do instytucji w związku z programem 500+, ale byli też tacy, którzy starali się o tzw. becikowe czy „kosiniakowe”. – Dokumenty można złożyć drogą elektroniczną – czytamy na stronie MOPS. – Wie pani z tą drogą elektroniczną może być różnie, a tak jak sama złożę to mam świadomość, że dokumenty są już wszystkie i sprawdzone przez odpowiednio przygotowanego pracownika – tłumaczy nam jedna z płocczanek, która w płockim Ośrodku składała wniosek o tzw. becikowe. – Chyba jednak to był błąd, że w ogóle staram się o tego typu formę pomocy – słyszymy w telefonicznej słuchawce.

Jak się okazuje nasza Czytelniczka przechodzi prawdziwe piekło na ziemi. Mama dwutygodniowego dziecka, które zostawia pod czyjąś opieką, już po raz czwarty musi udać się do oddziału MOPS w Płocku. Pierwszy raz poszła po dokumenty, które należy złożyć, aby otrzymać świadczenie. Kiedy już je zaniosła, okazało się, że zmieniły się przepisy i formularze – zatem wzięła dokumenty drugi raz. Płocczanka już zadowolona, że tym razem ma wszystko, stanęła grzecznie w kolejce. Odstała swoje 4 godziny. Dokumenty przyjęto w odpowiednim pokoju. I tu uwaga – pracownica MOPS – przyjmująca dokumenty, zastrzegła że… – jeżeli będzie czegoś brakowało, zadzwonimy – usłyszała nasza Czytelniczka. No i dziś ( cztery dni po przyjęciu dokumentów) zadzwoniono do niej z MOPS-u. Urzędniczka poinformowała płocczankę, że brakuje dwóch dokumentów! Z Urzędu Skarbowego o dochodach z 2015 roku – tak, tak – to nie pomyłka [ z 2016 roku petentka już złożyła – przyp. red] oraz z Powiatowego Urzędu Pracy o pobieranie zasiłku dla bezrobotnych. I tych dokumentów brakowało podczas składania wniosku. Niedopatrzenie, zmęczenie, brak znajomości przepisów? 

– Zmieniły się przepisy i być może nasz pracownik popełnił błąd – przyznaje w rozmowie z nami urzędniczka z MOPS -u. Także płocczanka ma tzw. „powtórkę z rozrywki”. Ciekawostką jest, że Ośrodek ma wgląd w dokumenty Urzędu Skarbowego i Miejskiego Urzędu Pracy – zatem nie trzeba biegać po tych urzędach, bo MOPS ma do nich komputerowy dostęp! – Nie mamy wglądu do dokumentacji Powiatowego Urzędu Pracy, ale to zaświadczenie musimy mieć – informuje nas pracownica Ośrodka przy pl. Dąbrowskiego. Płocczanka udała się zatem do PUP, zaświadczenie oczywiście bez problemu będzie wydane, ale za… tydzień. Brawo! Dla kolejnej instytucji.

Pani starająca się o becikowe, wypełniła już całe pliki papierów i dokumentów. W tej chwili świadczenie wynosi 1 tysiąc złotych. – Zależy mi na tych pieniądzach, nigdzie nie pracuję, urodziłam dziecko. Otrzymuję jedynie zasiłek dla bezrobotnych w wysokości około 500 zł. Pożyczam pieniądze, aby córeczce zapewnić wszystko czego potrzebuje. A tu same kłody pod nogi. Odnoszę wrażenie, że te panie zwyczajnie robią na złość tym wszystkim ludziom. Każda wizyta w płockim MOPS – ie to dla mnie potworny stres. Córeczkę zostawiam pod opieką mojej mamy, która musi specjalnie przyjechać 30 km. i idąc do tych wszystkich urzędów patrzę tylko na telefon czy mama nie dzwoni, że mała płacze. Już boję się tych urzędów – przyznaje ze smutkiem w głosie nasza rozmówczyni.

Po dłuższej chwili rozmowy i naszych argumentach, urzędniczka MOPS informuje nas, że płocczanka musi jednak odwiedzić Ośrodek i… wystarczy, aby złożyła stosowne oświadczenie. Jednak tej informacji nasza czytelniczka nie uzyskała przez telefon, tylko od nas.

Siedząc nad sprawą i czytając przepisy dotyczące wszystkich becikowywch, kosiniakowych, programu 500+, przyszło mi do głowy, że minister Szyszko dokładnie wiedział co robi, podejmując decyzję o wycince tysięcy hektarów Puszczy Białowieskiej. Bo przecież skądś papier trzeba brać na te wszystkie zaświadczenia, rozliczenia, decyzje, i setki innych dokumentów, które muszą wypełnić osoby starające się o swoje pieniądze, które należą się im ustawowo.

A na koniec taka konkluzja. Pamiętam protest pracowników MOPS-u, który miał miejsce w naszym mieście 20 listopada 2015 roku. Pracownicy instytucji domagali się podwyżek. Mnóstwo osób pod płockim ratuszem narzekało wtedy na małe zarobki. A może panie, które odpowiadają za przyjmowanie dokumentów w Ośrodku, powinny mieć specjalny dodatek za każde przyjęcie wniosku – dobrze i kompletnie wypełnionego wniosku! Wtedy pewnie i płocczanie by nie pielgrzymowali do Ośrodka i urzędniczki byłyby zadowolone.

 

Fot. Zdjęcia poglądowe: portal mamy-mamom oraz archiwum Dziennik Płocki




Kłódki, polskie filmy, guziki i… kibice, czyli historia prawie nieznana [FOTO]

Miesiące letnie głównie kojarzą się z wakacjami i zwiedzaniem. Wiele osób wybiera miejsca daleko od Płocka. Jedzie do Krakowa, Poznania, Szczecina czy Wrocławia. A tymczasem parę kilometrów od naszego miasta są miejsca piękne, ze wspaniałą historią, na dodatek niedoceniane i mało znane. Ania i Adam postawili na zwiedzanie właśnie takich miejsc. Kilka dni temu odwiedzili Wyszogród.

Małe miasteczko ale z jakże ciekawą historią – mówi nam Ania. Dalej opowiada od czego zacząć zwiedzanie. Zatem – co podkreśla – trzeba iść do Płockiej Lokalnej Organizacji Turystycznej i poprosić o wskazówki szlaku rowerowego do Wyszogrodu albo wsiąść do busa, który zatrzymuje się w Wyszogrodzie. Cena biletu jest niewielka – ulgowy 9 zł, normalny 12 zł. – Miasteczko położone jest od Płocka około 40 kilometrów. No i zawsze w taką podróż warto wybrać się z przyjacielem – tłumaczy nam płocczanka.

To niewielkie miasteczko leży w środkowo-zachodniej części województwa mazowieckiego, w powiecie płockim na wysokiej 30 metrowej skarpie na prawym brzegu rzeki Wisły. – Rozmawiając z starszymi mieszkańcami Wyszogrodu, o tym jak dawniej żyło się w miasteczku, usłyszałam od nich, że przyjechali tu jako małe dzieci. Pamiętają zatem most drewniany z powojennych czasów, z którego dziś zostały tylko resztki. W tej chwili służy mieszkańcom i turystom jako taras widokowy na Wisłę. Ale wspaniałym przeżyciem jest dotknąć drewna, z którego zbudowany był most i koniecznie trzeba zrobić sobie zdjęcie pamiątkowe – opowiada miłośniczka historii.

Ania przypomina nam, że jeszcze nie tak dawno most był użytkowany przez małe pojazdy – samochody osobowe, motocykle. Most drewniany w Wyszogrodzie był najdłuższym w Europie – miał 1300 metrów. Płocczanka wspomina także, że Wyszogród był „bohaterem” polskich filmów takich jak: „Wiosna Panie Sierżancie” czy „ Jak rozpętałem II wojnę światową”. Wszyscy pamiętamy scenę z tego drugiego, jak to Franek Dolas rozminowywał most – był to właśnie ten w Wyszogrodzie.

Zwiedzając miasteczko, trzeba koniecznie spojrzeć na niektóre kamienice z XVIII wieku czy domki drewniane, które są zamieszkiwane do tej pory. Wśród domów i kamienic znajdują się sklepy z odzieżą, zabawkami, spożywcze, lokale gastronomiczne. Spacerując uliczkami miasta, można było poczuć historię miasta – podkreśla nasza rozmówczyni.

Dalej Ania snuje swoją opowieść. „Wyszogród pochodzi z tzw. Falsyfikatu mogileńskiego datowanego przez Benedyktów z Mogilna na 1065 rok. Ślady osadnictwa na Górze Zamkowej sięgają XI wieku, od momentu powstania grodu. Na Górze Zamkowej wzniesiony był drewniany zamek, później zastąpiony przez murowany – postawiony przez Kazimierza Wielkiego. Zamek był siedzibą książąt mazowieckich oraz starostów królewskich. W czasie II wojny światowej Niemcy na górze wybudowali bunkry do ostrzeliwania wroga. Wyszogród uzyskał prawa miejskie w 1398 roku, które w znacznie szybszym tempie pozwoliły rozwinąć się miastu. Wyszogród znany był z handlu zbożem, wyrobami z drewna oraz produkcją sukna z rąk rzemieślników żydowskich. W 1753 roku w mieście powstała gmina żydowska. Pod koniec tego samego stulecia wybudowano tu synagogę żydowską – według projektu Dawida Friedlandera.

W XVII wieku zamek królewski i miasteczko został spalony przez Szwedów, co znacznie zastopowało miasto w jego rozwoju. W XVIII wieku zamek był ruiną, więc władze pruskie w 1798 roku rozebrały ruiny, a cegły z niego zostały sprzedane miejscowym Żydom, którzy wykorzystali je do budowy kilku kamienic – dowiadujemy się ciekawostek. –Warto dodać, że przy Górze Zamkowej istniały dawniej winnice i sady – dodaje Ania.

W pierwszej połowie XIX wieku Wyszogród ponownie został ożywiony. Zaczęła kwitnąć gospodarka miasta – rozwijało się rzemiosło, przemysł oraz handel. Funkcjonowała tu fabryka sukna, farbiarnia, fabryka kapeluszy a nawet kilka browarów. W okresie międzywojennym nastąpił również przyrost ludności. Wyszogród liczył 4297 mieszkańców z czego 57 proc. stanowili Żydzi. W roku 1931 roku w miasteczku żyło 1734 katolików, 2566 Żydów, 19 prawosławnych i 112 ewangelików. Wyszogród poważnie ucierpiał podczas okupacji niemieckiej. II wojna światowa, przyniosła straty demograficzne i materialne – opowiada. Ważną datą, która Ania wspomina, i którą pamięta z lekcji historii to 9-18 września 1939 roku. Wtedy rozegrała się w okolicach miasteczka największa bitwa kampanii wrześniowej – bitwa nad Bzurą.

Mało kto z płocczan wie, że przy Górze Zamkowej odkryto Amfiteatr – scena do tej pory jest oryginalna, tylko siedzenia dla widowni są zmienione. Na tej scenie właśnie grali aktorzy z Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego spektakl zatytułowany „Na Wiśle śpiewają oryle”. Jak wspomniałam wcześniej znajduje się tu taras widokowy – kawałek starego mostu. Jest tu też przepiękny bulwar wiślany, gdzie także można płynąć stateczkiem do Czerwińska i do nowego mostu. Bulwar nadwiślański został oznaczony pamiątkową tablicą, poświęconą Wacławowi Milke. W naszym mieście w Płocku mamy także Wacława Milke, siedzącego na Starym Rynku i najmłodszą tablicę pamiątkową w katedrze. Jak wejdziecie do katedry wejściem głównym, zaraz po prawej stronie jest Tablica poświęcona Wacławowi Milke – instruuje nasza rozmówczyni turystów i mieszkańców Płocka.

Stojąc na wzgórzu Wyszogrodu, można zobaczyć rzeźby z drewna czuwającego Woja z herbem Wyszogrodu na tarczy, a obok niego kobietę. Niedaleko od rzeźb stoi szklany dom, gdzie można zobaczyć wyłowione szczątki samolotu Pe -2 o numerze bocznym 10-371, który opuścił fabrykę w Kazaniu. 18 stycznia 1945 roku załoga samolotu otrzymała zadanie obserwowania i fotografowania ruchu wojsk niemieckich. Samolot został zastrzelony przy wysokości chmur 300-350 metrów. Spadł w Starorzeczu Bzury około 500 metrów od drewnianego mostu – snuje swoją opowieść.

Ania opowiada nam także, że w Wyszogrodzie znajduje się Muzeum Wisły gdzie można zobaczyć makietę zamku z Góry Zamkowej, gród i osadę zwane teraz Górą Okrągłą. W tym miejscu naleziono naczynia gliniane, kafle ozdobne, sztućce, zapięcia, klucze, zapinki, dzbanki czy talerze wyrabiane przez rzemieślników. W muzeum można zobaczyć dział poświęcony mieszkańcom pochodzenia Żydowskiego i poznać ich kulturę. – Ciekawe było zobaczyć kłódki małe i duże, one były niezwykłe – stwierdza. A dlaczego? – Kłódki były kładzione na grobach – małe dla dzieci duże dla dorosłych – wyjaśnia. – Jak byłam w Krakowie, w dzielnicy Kazimierz – tam kładzione były kamienie na grobach, a tu w Wyszogrodzie kłódki. Prawdopodobnie były ona znakiem zamknięcie życia. Był to lokalny zwyczaj wprowadzony przez mieszkańców żydowskich – dodaje.

Można też tu zobaczyć macewy żydowskie, czyli stele nagrobne, najczęściej ustawione w formie pionowej. Prostokątne płyty kamienne, na których widnieją hebrajskie napisy. Macewy podczas okupacji niemieckiej były wykorzystane jako krawężniki. Oprócz stel nagrobnych w muzeum można zobaczyć zdjęcia rodzinne. Najważniejsze jednak – według płocczanki – to zobaczyć zdjęcia i makietę synagogi, instrumenty muzyczne, muszelki znalezione w piasku wiślanym, z których kiedyś wyrabiano guziki. – Przypomniałam sobie jak niedawno w telewizji w jakimś programie podróżniczym, pokazana była fabrykę guzików w Chinach. Oni właśnie wyrabiają guziki z muszelek, utwardzają je i sprzedawane są dla producentów odzieży z Europy. Czyli takie małe, duże guziczki co ozdabiają nasze ubrania są takie cenne. Teraz, tak myślę kto był pierwszym pomysłodawcą guzików czy Europa czy Chiny? – uśmiecha się Ania. Ponadto miłośniczka zwiedzania wymienia jeszcze, że w muzeum można obejrzeć siatki, kosze do rybołówstwa, małe makiety statków, które pływały od Warszawy przez Wyszogród, a także przez nasz Płock aż do Gdańska.

Znajduje się tu też pod lupą plomba towarowa z przełomu XV i XVI wieku, z motywem statku hanzeatyckiego typu Holk. Pokazane jest również gospodarstwo kobiet. Jak na przykład wyrabiały powidła, masło – taki mały skansen w Muzeum Wisła – opowiada.

Powracając do miasteczka, możemy zwiedzić kościół parafialny pod wezwaniem Świętej Trójcy. Kościół jest zbudowany w stylu późno barokowym, jego fasadę stanowią dwie smukłe wieże. Wnętrze kościoła kryje neobarokowy ołtarz. Następny to kościół Franciszkanów pod wezwaniem Matki Boskiej Anielskiej. Pierwotny kościół został wzniesiony w stylu gotyckim i nosił nazwę Wszystkich Świętych. Kościół oraz klasztor uległ zniszczeniu pożarem w roku 1661 roku, a później został rozbudowany w stylu barokowym. Oczywiście przyznam się, że bardziej mi się podobał kościół Franciszkanów ale mojemu koledze podobał się kościół parafialny. Każdy ma swój gust – uśmiecha się.

W samym miasteczkiem można się przejść po uliczkach, gdzie widać stare kamienice, zapisane jako zabytki. Pobyć na starym rynku, posiedzieć przy małej fontannie, z której pluska woda z podziemni. Warto pojechać te 40 km i zobaczyć miasteczko. Spędzić czas na bulwarze wiślańskim, spojrzeć na lewo na most drewniany, a na prawo murowany – dzisiejszy. Zaśpiewać można piosenkę „Na lewo most na prawo most a dołem Wisła płynie…” Ireny Santor. Może piosenka mówi o życiu w Warszawie, ale nic by się nie stało jak zmienimy słowa na lewo most drewniany a na prawo murowany – Ania nie ukrywa zadowolenia z wycieczki i swojego pomysłu. – Znam też inną ciekawostkę – w Wyszogrodzie są kibice Legi Warszawa – dodaje z uśmiechem.

Póki zatem trwają wakacje, warto wyruszyć na wycieczkę rowerową, samochodową czy na pieszo, aby zwiedzić i poznać historię Wyszogrodu…

Fot. Anna Monika Chyła, Adam Jaworski




Plac Dąbrowskiego jak spod igły. Czas na zmiany w alei Roguckiego [FOTO]

Podczas dzisiejszej konferencji prasowej prezydent Andrzej Nowakowski podsumował inwestycję pod nazwą „Rozwój terenów zieleni w mieście Płocku”. W jej ramach zakończyła się przebudowa Placu Dąbrowskiego i zaczęła się przebudowa alei Antoniego Roguckiego na osiedlu Łukasiewicza.

– Chcemy, aby Płock był miastem przychylnym mieszkańcom, dbającym o jakość i komfort życia, dlatego właśnie kończymy zagospodarowanie Placu Dąbrowskiego i rozpoczęliśmy gruntowną przebudowę alei Roguckiego wraz z terenem przyległym. Za kilka miesięcy – do połowy 2018 roku – powstanie na osiedlu Łukasiewicza miejsce przyjazne płocczanom, pełne zieleni i idealne do relaksu.  Realizowany projekt zakłada uporządkowanie 4 hektarów przestrzeni i nadanie jej wypoczynkowo-rekreacyjnego charakteru. Wybudujemy chodniki i ścieżki rowerowe, a pod ziemią ułożymy kanalizację deszczową. Aż trzy czwarte terenu zajmie jednak zieleń. Pojawią się tu nowe drzewa, krzewy, roślinność okrywowa, byliny oraz łąki kwietne i trawniki. Łącznie posadzimy ponad 165 tysięcy roślin. Będzie też nowa, mała architektura, m.in.: 3 kaskady wodne, 29 ławek, stojaki rowerowe, kilkanaście poidełek, budek i karmników dla ptaków. Zamontowane zostanie nowe oświetlenie – 72 latarnie parkowe. Powstanie również ogólnodostępna toaleta z półokrągłym dachem przykrytym zielenią – mówił Andrzej Nowakowski prezydent Płocka.

Plac Dąbrowskiego i aleja Roguckiego to tereny gdzie Miasto Płock realizuje projekt, którego celem  jest zwiększenie powierzchni terenów zielonych  oraz poprawa jakości powietrza miejskiego. Całe przedsięwzięcie jest współfinansowane przez Unię Europejską ze środków Funduszu Spójności w ramach Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko 2014-2020, Oś Priorytetowa II Ochrona środowiska, w tym adaptacja do zmian klimatu, Działanie 2.5 Poprawa jakości środowiska miejskiego.

Przebudowa Placu Dąbrowskiego przy Wieży Ciśnień w Płocku obejmowała zagospodarowanie pasa zieleni i nadanie mu funkcji skweru poprzez wyznaczenie nowego szpaleru drzew w sposób umożliwiający wyeksponowanie odrestaurowanej Wieży Ciśnień. W ramach tej części inwestycji wykonano instalację nawadniającą wraz z automatyką, instalację iluminacji, chodniki i nasadzenia. Zamontowano elementy małej architektury, układ sterujący iluminacją oraz układ nawadniania. Wykonawcą robót była firma Baobab z Warszawy. wartość umowy: 538 950,00 zł brutto.

Cała inwestycja będzie kosztować ponad 13 milionów złotych. Co ważne, na jej realizację uzyskaliśmy dofinansowanie z Unii Europejskiej w wysokości 7 milionów złotych – wyjaśnił prezydent Nowakowski.

– W miarę postępu prac budowlanych będzie ograniczana możliwość swobodnego poruszania się po alei Roguckiego. Zapewnimy mieszkańcom przejście przez teren budowy, wygradzając kilka przejść. Prosimy o wyrozumiałość dla ekip pracujących przy modernizacji deptaku. Zapewniam, że dołożymy wszelkich starań, aby zminimalizować niedogodności wynikające z prac – mówił Jacek Terebus zastępca prezydenta ds. inwestycji i rozwoju.

Obaj prezydenci odpowiadali także na pytania dziennikarzy dotyczące aktualnie realizowanych inwestycji na terenie Płocka, a także zaprosili za pośrednictwem dziennikarzy mieszkańców miasta do odwiedzin nowego skweru przy Wieży Ciśnień, która także zyskała nową jakość.

Źródło: UMP – Konrad Kozłowski
Fot. UMP.




Zaczarować rzeczywistość. Ty też możesz to zrobić…

Czym jest fotografia? Wielu z was odpowie, że to odbicie rzeczywistości, chwila zatrzymana w kadrze aparatu fotograficznego. I trudno się z tym nie zgodzić. Fotografia jednak to również trudna i wspaniała sztuka, która potrafi przenieść widza w zupełnie inny wymiar. Dzięki fotografiom możemy zwiedzać naszym umysłem światy, które urzekają, przerażają, czarują, opowiadają… 

Aby zrobić takie zdjęcie, które zatrzyma potencjalnego widza na dłużej, odciśnie swój przekaz w umyśle, trzeba umieć je zrobić. Mistrzowie fotografii potrafią z tysiąca zdjęć wybrać to jedno jedyne albo zrobić jedno, które na zawsze widz zapamięta. W zasadzie zdjęcia nas otaczają z każdej strony. Patrzą na nas modelki z bilbordów, znajomi z Facebooka, czy osoby z różnych wiadomości. Ale na ile takie zdjęcie zapada nam w umysł? Na chwilę, ułamek sekundy… Potem znika w oceanie innych.

Jest możliwość, że każdy z was może nauczyć się sztuki fotografowania, tak aby zdjęcie, które zrobicie, widz na pewno zapamiętał. W naszym mieście będzie miała miejsce letnia edycja „Czarownych Warsztatów” White Alice. Obecnie trwają zapisy na fotograficzny tydzień, który odbędzie się od 12-18 sierpnia.

Kim jest White Alice? Alicja Reczek – „Przez wiele lat związana z Płockiem. Obecnie mieszka i działa w Warszawie. Z wykształcenia: muzyk, plastyk i pedagog. Z zamiłowania: fotograf. Nazywana Białą Alicją. Jej zdjęcia są wyjątkowe. Dzieje się tak za sprawą klimatu jaki wyróżnia jej styl. Piękne kolory. Fantastyczne stylizacje i „zaczarowane” plenery. (…) Ma w swoim dorobku sesje komercyjne: modowe, reklamowe i reportażowe. Jest autorką zdjęć do książek m.in. „Sukces jest kobietą” i „Kolory Nadziei”. Jej zdjęcia figurują na płytach muzycznych i tomikach poezji. Fotografie Alicji zostały wykorzystane w serii widowisk m.in. w Sali Kongresowej w Warszawie. Prywatnie. Miłośniczka dobrej książki, muzyki i podróży. Symbolistka i prekursorka. Kobieta silna i wrażliwa. Pełna kontrastów. Chodząca własnymi drogami indywidualistka. Innym razem empatyczna, otwarta i „do bólu” romantyczna. Czarodziejka… od kołyski.” – tak napisał o artystce Leszek Romanek. 

Jak co roku podczas warsztatów nie zabraknie niezwykłych przeżyć i wspaniałych gości. – Każdy dzień warsztatów to szansa aby rozwinąć swoje umiejętności i poznać, czym tak naprawdę jest fotografia. Nie brakuje tam bowiem zarówno teoretycznych prelekcji, jak i zajęć praktycznych. Podczas części teoretycznej zostają poruszone takie kwestie jak: istota kompozycji, plastyka i światło, fotograf, zawód czy pasja?, współpraca z modelką, promocja w świecie foto – czytamy w zapowiedzi w portalu Eks Magazyn.

Podczas trwania drugiej części, profesjonaliści postarają się nauczyć warsztatowiczów praktycznej części fotografowania. W tym miejscu należy podkreślić, co niezwykle istotne, że tu pojawią się już modele i modelki. Fotografom będą pozować zarówno piękne kobiety, jak i wspaniali mężczyźni. I chyba nie trzeba dodawać, że wszystko będzie się odbywało w urokliwych, płockich plenerach. A dodatkowym atutem staną się nietypowe stylizacje i kreacje modeli, które wykonane zostały przez  projektanta Karola Mietkiewicza.

Wśród tegorocznych gości „Czarownych warsztatów” będzie można sfotografować Maartena Eiche, Grażkę czy Jarosława Skrzypczyka – i tu uwaga – jest to oficjalny, polski sobowtór Papieża Franciszka. Uczestnicy fotograficznego wydarzenia, które już za kilka dni rozpocznie się w naszym mieście, będą mogli odpocząć w klimatycznych miejscach Płocka na Starym Rynku czy w zabytkowej Wieży Ciśnień.

– W te wakacje mam przyjemność współpracować z niezwykłymi artystami. Myślę, że twórczość każdego z nich zasługuje na uwagę. To pasjonaci, którzy na przestrzeni lat wypracowali własny styl. Droga do sukcesu nie była łatwa. Nie raz pod górę, nie raz krętą drogą i pod wiatr – jednak zawsze do celu. Lecieli jak na skrzydłach, by realizować swoje marzenia. Bywało, że spadali na ziemię, ale szybko się podnosili i kontynuowali swoją opowieść. Dziś nie spoczywają na laurach. W dalszym ciągu inwestują w swój rozwój. Dlaczego, skoro osiągnęli tak wiele? Phil Bosmans powiedział, że „to podróż jest nagrodą”– może to odpowiedź – mówi o warsztatach White Alice.

Dodatkową atrakcją na letnich warsztatach White Alice będzie prezentacja kolekcji aparatów analogowych. A także niecodzienna wystawa fotografii „30 dni bezdomnego” autorstwa Maartena Eiche, który – jak już wspomnieliśmy – będzie także modelem dla artystów fotografików. „30 dni bezdonego” to projekt, który autor zrealizował w Łodzi. Oprócz serii zdjęć wraz z komentarzem autora poruszony zostanie temat reportażu wcieleniowego. Hasło, którym rozpocznie się prezentacja brzmi: „30 dni, 30 klisz, 30 zł”. Wystawa  odbędzie się 16 sierpnia o godzinie 20.30 w Płocku w Browarze Tumskim. Wstęp na wydarzenie jest bezpłatny.

Kto może wziąć udział w „Czarownych Warsztatach”? Odpowiedź jest krótka – każdy! Bo tu nie ma podziałów na lepszych i gorszych, bardziej lub mniej doświadczonych, z aparatem za grube tysiące czy małym kompaktem. Jeżeli lubisz fotografować, po prostu nie może Cię zabraknąć podczas płockich wykładów i nauki tworzenia fotografii.

Dodamy jedynie, że uczestnikom warsztatów zostaną wręczone pamiątki. Będą to fotograficzne publikacje ufundowane przez Zachętę – Narodową Galerię Sztuki. Wydawnictwo Dowody na Istnienie również przewidziało niespodziankę. Uczestnikom warsztatów zostaną sprezentowane publikacje książkowe poruszające tematykę reportażu.

Jak się zapisać? Poniżej podajemy trzy sposoby:

email: white alice@interia.com

fb: https://www.facebook.com/czarownewarsztaty/

www: http://www.warsztatyfoto.eu/

Fot. 1. Kazimierz Olszewski – Grażka – gość warsztatów. 

Fot. 2. Luna Photography – stylizacja Karol Mietkiewicz.




Jubileusz „Grzybowianek” z przytupem. Cudowni goście i moc życzeń [FOTO]

„…Trzydzieści lat minęło jak jeden dzień. Trzydzieści lat minęło odeszło w cień…”. Tak śpiewał zespół „Grzybowianki” podczas swojego jubileuszu. Pomimo wielu kłód, które rzucano im pod nogi – przetrwały – mają się bardzo dobrze i przeżywają prawdziwy rozkwit swojej działalności.

W sobotę, 5 sierpnia, zespół ludowy z gminy Słubice obchodził swoje urodziny. Jak na taką okazję przystało, nie zabrakło znamienitych gości oraz wieloletnich przyjaciół zespołu. Na uroczystości obecni byli Mariusz Bieniek, starosta powiatu płockiego, Lech Dąbrowski, przewodniczący Rady Powiatu, Józef Walewski – obecny radny powiatowy, a także były, wieloletni wójt gminy Słubice oraz Michał Twardy, sekretarz powiatu płockiego. – Uczestniczyliśmy w wyjątkowym jubileuszu, jednego z najdłużej funkcjonujących zespołów ludowych na terenie Powiatu Płockiego – Zespołu „Grzybowianki” ze Słubic pod kierownictwem pani Teresy Kowalskiej. Raz jeszcze gratuluję dotychczasowych osiągnięć, życzę pomyślności, optymizmu i dalszej, obfitej w sukcesy twórczości. Dziękując za całokształt Waszej społecznej pracy, szczególne podziękowania składam za upowszechnianie i kultywowanie tradycji ludowych na Ziemi Płockiej. Pozdrawiam i życzę powodzenia – napisał po uroczystości na Facebooku, Mariusz Bieniek. Dołączył także klika radosnych zdjęć z jubileuszu.

30 lecie Zespołu Ludowego „Grzybowianki” było okazją do wspomnień oraz zaprezentowania możliwości wokalnych muzyków, którzy wchodzą obecnie w skład grupy, a także zaproszonych na uroczystość muzykujących przyjaciół. Aby przypomnieć działalność zespołu należy cofnąć się do lat 70. ubiegłego wieku. Wtedy to w Grzybowie powstało Koło Gospodyń Wiejskich. Inicjatorką jego założenia była Teresa Kowalska. Koło bardzo szybko stało się aktywne i szybko rozwinęło skrzydła. Gospodynie skupione wokół organizacji wyjeżdżały na wycieczki, uczestniczyły w koncertach, organizowane były imprezy integracyjne. Prowadzone też były różnego typu szkolenia – haftu, krawiectwa czy żywieniowe.

Dokładnie w 1987 roku nastąpiło przełomowe wydarzenie w Grzybowskim Kole Gospodyń Wiejskich. Jedna z członkiń prężnie działającego koła – Cecylia Milczarek – utalentowana poetka i pasjonatka śpiewu postanowiła, że organizacja jest fajną podstawą, do utworzenia Zespołu Ludowego „Grzybowianki”. I tak się zaczęło. Jego założycielka po 20 latach, czyli w 2006 roku z przyczyn osobistych przekazała kierownictwo zespołu Teresie Kowalskiej, która kieruje zespołem do dziś, odnosząc szereg sukcesów, zbierając mnóstwo nagród. „Grzybowianki” pod nowym kierownictwem nabierały wiatru w żagle, rozwinęły się. Zespół nagrał nawet swoją płytę „Pieśni i Przyśpiewki Ludowe – Grzybowianki”. Obecnie grupa składa się z 20 osób, które uczą się śpiewać i grać u Teresy Kowalskiej w domu, w specjalnie przygotowanym pomieszczeniu. Kowalska pokazuje je nam z dumą. Opowiada z iskrami radości w oczach o dyplomach, pucharach, nagrodach, które wyśpiewały sobie na scenach powiatu i województwa.

Jednak – no właśnie jest to małe – „jednak” lub „ale”. W tym miejscu należy przypomnieć, że zespół w pewnym momencie zwyczajnie się rozpadł. Nastąpił w nim rozłam, bo kilka osób miało inny pomysł na jego prowadzenie i działalność. Obecny wójt gminy Słubice, Krzysztof Dylicki wręcz podjął działania na rzecz rozpadu zespołu – dzieląc tym samym społeczność Słubic. I chociaż dwa lata temu w rozmowie z nami, wszystkiemu zaprzeczał, to jednak brak jego obecności czy chociażby przewodniczącej Rady Gminy Słubice na niedzielnej uroczystości, utwierdziła nas w przekonaniu, że działania, które podejmował, były skierowane przeciwko zespołowi prowadzonemu przez Kowalską.

Warto dodać, że było także „podejście” do odebrania zespołowi nazwy. Ale niezwykła miłość do kultywowania tradycji ludowych, pasja do śpiewania i serce wielu przyjaciół zespołu nie pozwoliły poddać się Teresie Kowalskiej. Ta niezwykła mieszkanka Grzybowa, nie załamała rąk, nie usiadła przed telewizorem – płacząc, zakasała rękawy i zbudowała zespół od nowa. – Dzięki wsparciu i mecenatowi Banku Żywności w Płocku „Grzybowianki” śpiewają, tańczą, grają i występują na wielu uroczystościach powiatowych i wojewódzkich – podkreśla w rozmowie z nami Teresa Kowalska.

Podczas uroczystości 30 lecia zespołowi towarzyszyli wszyscy ich przyjaciele. Nie zabrakło, wcześniej wspomnianych, władz powiatowych, władz innych gmin, zespołów – które podobnie jak „Grzybowianki” propagują kulturę i tradycje swoich regionów. Zatem nie tylko powiat płocki składał życzenia słubickiemu zespołowi, były także grupy muzyczne z powiatów ościennych. Szkoda, że zabrakło na uroczystości kogokolwiek z władz gminy Słubice, których bezpośrednio dotyczy działalność „Grzybowianek”, które na każdym kroku podkreślają, że są właśnie z tej gminy, i tę gminę promują.

Także „Grzybowianki” i ich rodziny stojąc przy urnach wyborczych za niecałe dwa lata, też powinny zapomnieć, jak to zakreśla się pewne nazwiska na listach wyborczych…

 

Fot. Starostwo Powiatowe Płock, Paulina Kokoszczyńska, Lena Rowicka

 

 

 

 

 




Niezwykłe tajemnice skrywane w monumentalnej budowli na Radziwiu [FOTO]

Czy wiecie, że Radziwie jest najstarszą częścią Płocka. I chociaż wszystkim wydaje się, że była to zawsze dzielnica naszego miasta, to dopiero w 1923 roku nastąpiło połączenie obu miejscowości. A zapiski o Radziwiu można znaleźć już w Kronice Galla Anonima.

Do odkrycia tajemnic i poznania lewobrzeżnej części naszego miasta w niedzielę, 6 sierpnia, płocczan zaprosiła Płocka Lokalna Organizacja Turystyczna. Mieszkańcy Płocka zebrali się na Placu Mościckiego w Radziwiu, aby dalej ruszyć już na pieszo, poznając lewobrzeżną część grodu nad Wisłą. Uczestnicy nietypowej wycieczki mieli okazję poznać historię stoczni, portu handlowego, mostu drogowo-kolejowego, czy „świątyni pracy socjalistycznej”, czyli elewatora. Monumentalna budowla, która przyciąga wzrok spacerujących po Tumskim Wzgórzu i jest, jakże często, głównym bohaterem na setkach zdjęć, które fotografowie wykonują z prawobrzeżnego brzegu Wisły. Można powiedzieć, że elewator zbożowy „wrósł” w krajobraz lewobrzeżnego Płocka. I prawdopodobnie nawet najstarsi płocczanie nie wyobrażają sobie Radziwia bez tej budowli.

– Budowę elewatora rozpoczęto w 1950 roku, wg projektu z 1913 roku. Budowla w niczym nie przypomina stylu lat pięćdziesiątych, jest ona wzorowana na gdańskim kościele Dominikanów. Projekt ten był głośno krytykowany przez ówczesną władzę” – czytamy informację na stronie PLOT.

„Projekt powstał w 1913 roku z inicjatywy Towarzystwa Rolniczego. Budowa miała kosztować 50 tys. rubli. Nic jednak z tego nie wyszło, podobnie jak w latach 30., gdy plany budowy pokrzyżował wybuch wojny. W końcu na X-lecie Polski Ludowej, w 1950 roku rozpoczęła się budowa elewatora według projektu z początku wieku. W środku to wielka betonowa konstrukcja, z zewnątrz trzyczęściowa neogotycka bazylika – nawa to magazyn, transept – wieża, a prezbiterium to młyn. I to nie jest żadne przejęzyczenie. Podobieństw pomiędzy elewatorem w Radziwiu a gdańskim kościołem dominikanów pod wezwaniem św. Mikołaja nie trzeba długo szukać! Blendy zdobiące elewację silosa to też charakterystyczne detale dla toruńskiego ratusza czy gdańskiej Bramy Chlebnickiej.

Także i wnętrze elewatora z łukowymi sklepieniami nie przypomina w niczym architektury lat 50. Dokładnie odwrotnie. Wieść gminna niesie, że sakralny projekt elewatora był głośno krytykowany przez miejscową władzę. Przekonujący okazał się dopiero argument o konkurencji dla płockiej katedry. Wyższy i potężniejszy silos miał przyćmić płocką bazylikę, dominować nad nią. Mówiło się wtedy, że to kościół pracy socjalistycznej.” [ Fragment artykułu Agnieszki Ciesiulskiej i Huberta Woźniaka pt.” Radziwie” z GW z dnia 31 lipca 2002 – przyp. red.].

Ciekawa historia prawda? Jak wszyscy wiemy, nie udało się jednak przyćmić uroków płockiej katedry. Ale nikt też nie ma wątpliwości, że budowla króluje w Radziwiu. Zobaczcie, jak piękne widoki się z niej roztaczają i co jest w środku elewatora zbożowego.

Zdjęcia wykonała Anna Monika Chyła, mieszkanka Płocka, która zna jego historię i ukochała to miasto.




Płock na pewno jest polską stolicą hip – hopu. 5. edycja imprezy to udowodniła [FOTO]

Była wspaniała organizacja, byli artyści z najwyższej półki polskiego rapu, była cudowna publiczność i atmosfera. Do tego wszystkiego doszła jeszcze doskonała pogoda. Na pewno 5. edycja Polish Hip-Hop TV Festival przeszła do historii jako jedna z najbardziej udanych płockich imprez. 

A frekwencja? Ta chyba zaskoczyła nawet samych organizatorów, bo bilety zostały wyprzedane co do jednej sztuki. Jeżeli ktoś chciał się wybrać na koncerty w sobotę, nie było już takiej możliwości. I chociaż policja podaje, że było 9 tysięcy uczestników festiwalu, nie zgadzają się z tym organizatorzy. – Jeszcze dokładnie nie podliczyliśmy, ale wydrukowanych było 13 tysięcy biletów i wyprzedały się wszystkie – mówił Marcin Siwek, główny organizator i pomysłodawca PHH TV Festival w Płocku. Do rozbieżności w policyjnych liczbach już się przyzwyczailiśmy – np. policja podała, że na Audioriver 2017 bawiło się 25 tys osób, natomiast organizatorzy po podliczeniu podali, że 30 tys. I jakoś te policyjne liczby nas nie przekonują, bo na Polish Hip-Hop TV Festival, takich tłumów jak w tym roku, nie widzieliśmy.

O tym, że Płock stał się stolicą polskiego hip-hopu pisaliśmy przy okazji 4. edycji imprezy. Tegoroczna to potwierdziła. Przez trzy dni festiwalowicze bawili się przy dźwiękach rapu. Pierwszego dnia dopingowali raperom podczas VI Płockiej Bitwy Freeststylowej. Drugiego dnia już prawdziwe tłumy opanowały płocką plażę. A w sobotę pobity został rekord frekwencyjny. Fani hip-hopu zjechali do Płocka z całej Polski, aby przez trzy dni odpoczywać tylko po kilka godzin między kolejnymi koncertami, które rozpoczynały się w godzinach popołudniowych, aby kończyć się nad ranem. W sobotę – 5 sierpnia – na dużej scenie wystąpili między innymi: KUBA KNAP, VNM, TEDE, O.S.T.R., PRO8L3M, PŁOMIEŃ 81 czy GRUBSON. Na dwóch pozostałych można było posłuchać: DUCHU, BEDOES, ANATOM, SPINACHE, WUZET czy HI FI.

Było zatem w czym wybierać i przy kim się bawić. Publiczność doceniła wysiłki organizatorów, co sprawiło, że tak jedni jak i drudzy są bardzo zadowoleni z tegorocznej edycji festiwalu, który powstał w Płocku, tworzy się w Płocku, i co najważniejsze odbywa się w Płocku. I to do naszego miasta ciągną tysiące fanów tego gatunku muzycznego.

Zatem Płock na pewno jest stolicą polskiego hip-hopu, bo to właśnie tu tworzy się historia największego festiwalu w Polsce, gdzie zjeżdżają się raperzy i publiczność, która ich kocha i docenia wysiłki organizatorów, którzy już myślą o 6. edycji imprezy.

 

Fot. DR.