Domowa atmosfera podczas jubileuszu Wisły Płock i POZPN [FOTO]

Gratulacje, medale, odznaczenia i życzenia. Tak w skrócie można by napisać o obchodach 70-lecia Wisły Płock i 40 – leciu Płockiego Okręgowego Związku Piłki Nożnej. Brzmi to jednak bardzo chłodno. A przecież rodzimy klub słynie ze swoich gościnnych progów i domowej atmosfery – tak też było podczas uroczystości.

Jubileuszowa gala miała miejsce w płockim Teatrze Dramatycznym im. Jerzego Szaniawskiego. Widownia była zapełniona po brzegi. Stawili się przyjaciele klubu, sponsorzy, zawodnicy ci starsi i ci, którzy w sobotę sprawili wszystkim najpiękniejszy prezent, jaki można sobie było wymarzyć – ograli Legię Warszawa. Ze sceny przybyłych gości przywitał Jacek Kruszewski, obecny prezes Wisły Płock. Na przestrzeni tych wszystkich klub miał 23 – “sterników”, a obecny jest 24. – Nie wyobrażałem sobie, że kiedyś stanę przed tak znakomitym gronem działaczy i piłkarzy – nie ukrywał wzruszenia. Ze sceny padły też ciepłe słowa w stronę kibiców, którzy są wierni Wiślackiej drużynie. Nie mogło zabraknąć podziękowań dla sponsorów, bo ci są bardzo ważni. Na koniec prezes Wisły życzył wszystkim by klub dalej kwitł. – Najlepiej przy pełnych trybunach – podkreślał Kruszewski.

– Jesteśmy dumni i szczęśliwi z tego, w którym miejscu znajduje się klub. Pozwala z wiarą patrzeć w przyszłość – podkreślał z kolei Andrzej Nowakowski, prezydent Płocka. Ze sceny podziękowania od włodarza miasta usłyszeli także płoccy radni. – Co roku muszą znaleźć w budżecie pieniądze na Wisłę – mówił.  – Pomagamy Wiśle, powstają też drogi i przedszkola – tłumaczył. Prezydent przyłączył się też do podziękowań, które Jacek Kruszewski kierował do sponsorów. Jako przykład podał Budmat, którego przedstawiciele siedzieli na widowni. Nie zapomniał także o PKN Orlen. Tu jednak zatrzymał się na dłużej. – Liczę, że to wsparcie od spółki będzie większe – podkreślił.

Prezydent dziękując, nie zapomniał o najważniejszych osobach, czyli całym zarządzie klubu, zawodnikach i szkoleniowcach. Andrzej Nowakowski wręczył także medale Laude Probus. Jeden odebrał Jacek Kruszewski, a drugi Dariusz Kluge, prezes Płockiego Okręgowego Związku Piłki Nożnej. Obaj prezesi odebrali tego wieczoru jeszcze odznaczenia Pro Masovia od marszałek województwa mazowieckiego Adama Struzika. Ze sceny popłynęły też słowa gratulacji od ministra sportu i turystyki, wojewody mazowieckiego czy prezesa PKN Orlen.

Jak na taką uroczystość przystało nie mogło zabraknąć części artystycznej. A ta była wyjątkowa. Płocka Orkiestra Symfoniczna fenomenalnie wprowadziła publiczność w klimat sportu, grając motyw przewodni z filmy “Rocky”, czyli “Eye Of The Tiger”. Później jeszcze była Hania Stach z przebojem „I will always love you” Whitney Houston. A na koniec – prawdziwa wisienka na torcie, która poruszyła i zaskoczyła widownię. Ze sceny zabrzmiał utwór “Idę na Wisłą” w zupełnie nowej aranżacji. Z towarzyszeniem orkiestry symfonicznej utwór wykonali Marcin Siwek, Artur Tomaszewski i DJ Beny. Na dodatek artyści byli ubrani w niebiesko-biało-niebieskie koszulki Nafciarzy.

Następnie goście zostali zaproszeni do Orlen Areny. Tam odbyła się bardzo uroczysta kolacja. Nie zabrakło na niej wspomnień, wspólnych fotografii i dobrej zabawy. Jak na urodziny przystało.

 

DR.




Opłatek, kolędy i ciepłe słowa życzeń. Wigilia przed Ratuszem [FOTO]

W niedzielny wieczór przed płockim ratuszem spotkali się płocczanie, aby podzielić się opłatkiem z biskupem płockim Piotrem Liberą, z biskupem naczelnym Kościoła Starokatolickiego Mariawitów Markiem Marią Karolem Bobi, prezydentem Płocka Andrzejem Nowakowskim oraz ze sobą – wspólnie.

Wigilia przed Ratuszem w naszym mieście to już tradycja. To piękny wieczór, podczas którego na Starym Rynku pachnie pierogami i barszczem, a ze sceny płyną słowa kolęd i pastorałek. Tym razem nie było inaczej. Mieszkańcy Płocka składali sobie życzenia, były ciepłe uściski dłoni. Harcerze przekazali Betlejemskie Światełko Pokoju.

Biskup Płocki życzył płocczanom, aby Boża opatrzność czuwała nad wszystkimi przez cały, nadchodzący nowy rok. Z kolei biskup naczelny Kościoła Starokatolickiego Mariawitów mówił do bardzo licznie przybyłych na Wigilię przed Ratuszem mieszkańców Płocka: Życzę wam bożego błogosławieństwa i pokoju. – Boże Narodzenie to czas wyjątkowy i szczególny, wtedy to bowiem odwiedza nas Chrystus. Jeżeli przyjmiemy Chrystusa, to przyjmiemy miłość, którą będziemy dzielić z innymi. Życzę wam tej miłości – mówił ze sceny Andrzej Nowakowski, prezydent Płocka.

Następnie wszyscy, wspólnie na Starym Rynku dzieli się opłatkiem. To moment bardzo wzruszający. Mieszkańcy życzyli sobie zdrowych i spokojnych świąt Bożego Narodzenia, a także wszystkiego najlepszego w Nowym Roku. Był też tradycyjny, wigilijny posiłek – pierogi z kapustą i grzybami, a także barszczyk. U Mariawitów można było pojeść wspaniałych, słodkich wypieków. Miłą niespodzianką była też obecność Banku Żywności z Płocka, który częstował płocczan słodkościami. Pysznych czekolad nie zabrakło dla nikogo – podobnie jak ciepłych słów i świątecznych życzeń.

Fot. DR.




Wyszedł z życiowego bagna. Dziś można o nim mówić “Najlepszy”

Całkiem niedawno miałem okazję obejrzeć w kinie film pt “Najlepszy”. Jest to opowieść o Jerzym Górskim, polskim triathloniście, który poprzez sport odbija się od życiowego dna i osiąga wielki, sportowy sukces, jakim niewątpliwie jest wygranie podwójnego Ironmana w Stanach Zjednoczonych.

Wielu sportowców potrafiło zniszczyć sobie dobrze zapowiadające się kariery dzięki wszelkiego rodzaju używkom. Nieważne, czy był to alkohol, narkotyki czy hazard. George Best, jeden z najwybitniejszych piłkarzy XX wieku to pierwszy przykład z brzegu, który przychodzi mi do głowy. Miał wszystko: grał w Manchesterze United, był piłkarskim idolem dla milionów Anglików i nie tylko, a jednak, alkohol zrujnował mu wszystko.

Początek filmu o Jerzym Górskim (w roli głównej rewelacyjny Jakub Gierszał) to tak naprawdę opowieść o narkomanie. Głównego bohatera poznajemy bowiem jako zaawansowanego ćpuna, dla którego dzień bez wzięcia czegokolwiek, to dzień stracony. Potrafił ukraść, żeby tylko mieć co wziąć. Trafił zresztą parę razy za to do więzienia. On i jego przyjaciele – Andrzej (Mateusz Kościukiewicz) i Grażyna (Anna Próchniak), tworzyli – wydawać by się mogło – grupę wspaniałych przyjaciół. Niestety. Obydwoje umierają, a dodatkowo Jerzy Górski dowiaduje się, że został ojcem. Matką, a jakże, Grażyna.

Nie wiem dokładnie, jaka była przyczyna chęci zmiany u bohatera filmu, ale ja stawiam właśnie na córkę. Możliwe, że również niechęć ojca Grażyny (Adam Woronowicz) do Jerzego spowodowała to, że w duchu sobie pomyślał: ja ci pokażę, że będę świetnym ojcem, tylko za jakiś czas. I mniej więcej podobne zdanie pada podczas rozmowy tych dwóch panów.

Górski w 1984 roku trafia do Monaru, do Marka Kotańskiego (Janusz Gajos – świetny!). Na początku trudno jest mu się przystosować do panujących tam zasad, wielokrotnie je łamie, za co karany jest ogoleniem głowy na łyso i siedzeniem wraz z innymi na podłodze. Tam też odkrywa… bieganie. I można śmiało powiedzieć, że jeden nałóg zmienił się w drugi. Tylko bardzo pozytywny.

Po wyjściu z Monaru, Górski ma już tylko jedno w głowie: sport. Podobno marzył tylko o bieganiu maratonów, ale któregoś dnia spróbował swoich sił w triathlonie i na tyle mu się chyba spodobało, że przy nim pozostał. Ciekawostką jest to, że nie umiał pływać, a jednak zawody ukończył. Z jazdą na rowerze problemów nie miał. Mało tego, kiedyś dostał nawet rower od ojca na urodziny. Niestety, jakiś czas później, ten sam rower ląduje na ulicy wyrzucony przez okno. To skutek awantury domowej. 

Z pływaniem wiąże się zresztą dość ciekawa historia. W pewnym momencie widzimy scenę, jak Górski pływa sobie w basenie, a piętro wyżej siedzą dwaj panowie i popijając wódeczkę, dyskutują czy by go nie przyjąć do klubu i pada o to taki dialog: – Jak dotrzyma do końca flaszki to go weźmiemy! – Dobra, a ja będę jego trenerem! Górski oczywiście wytrzymał, więc do klubu został przyjęty. Ten dialog to sprawka Okonia (Tomasz Kot), który zrobił wszystko, żeby wyjazd do USA doszedł do skutku oraz kierownika basenu i trenera Górskiego (Arkadiusz Jakubik).

Cel, którym było uczestnictwo w Ironmanie w Alabamie zostaje zrealizowany. Zanim do tego doszło, Górski zgłasza się na inne zawody, jednak zostaje odrzucony. Nie zraża go to i organizuje sobie w Polsce podobne zawody… dla siebie samego. Kapitalna jest scena, gdy ojciec Grażyny prosi o obstawę radiowozów i zamknięcie drogi na dwa dni. Na pytanie ilu zawodników startuje, odpowiada że… jeden. Dystans pokonuje taki sam jak na Hawajach, czyli 10 km pływania, 140 km roweru w jeden dzień, a na drugi 285 km roweru i 84 km biegu.

Gdy Górski wraz z trenerem docierają kilka dni przed startem, na miejscu okazuje się, że organizatorzy podwajają trasę. Nie zraża to naszego bohatera i 3 września 1990 roku staje na starcie Double Iron Triathlon w Huntsville. Dystans 7,6 km pływania, 360 km jazdy na rowerze i 84 km biegu pokonał w czasie 24 godzin, 47 minut i 46 sekund..

Z kina wyszedłem wstrząśnięty i jednocześnie szczęśliwy. Film spełnił moje oczekiwania. Jest to jeden z lepszych polskich filmów, jaki dane mi było ostatnio obejrzeć. Nawet koneserzy muzyki z lat 70 – tych poprzedniego stulecia znajdą coś dla siebie, bo już praktycznie na początku filmu pojawia się Steppenwolf i ich wielki hit: “Born to be Wild”, a w późniejszym fragmencie filmu “Child in Time” zespołu Deep Purple.

Zatem czy warto? Pewnie! Świetna obsada, znakomita reżyseria, Łukasza Palkowskiego – tego samego od “Bogowie”, doskonała klimatyczna muzyka i zdjęcia – rewelacja. Nie ma się do czego przyczepić. No i to przesłanie płynące prosto z ekranu, że można! Wszystko można! Trzeba tylko chcieć, znaleźć tą siłę, która pchnie każdego do pozytywnego działania. Jerzy Górski jest osobą do naśladowania. Wyszedł z ogromnego życiowego bagna, był już jedną nogą na tamtym świecie, a jednak zrobił coś co zasługuje na olbrzymi szacunek. Historia z happy-endem, ale czyż nie pięknym?

Łukasz Zieliński.

Fot. Kadry z filmu “Najlepszy”.




Wyrzucają śmieci, karczują drzewa, wysypują ziemię. Płockie jary zagrożone?

Są w naszym mieście takie miejsca, gdzie jeszcze – na szczęście – nie wtargnęły ciężkie maszyny, piły spalinowe (chociaż nie do końca, ale o tym za chwilę). Gdzie zielonych terenów nie zastąpił beton czy kostka brukowa. Są takie miejsca. I wielu płocczan je zna, tylko – jak się okazuje – nie umie uszanować.

– Trudno wyobrazić sobie Płock bez zakładów rafineryjno-petrochemicznych. Rozwój tego przemysłu spowodował, że liczba ludności w naszym mieście po 1945 roku wzrosła trzykrotnie. W ślad za tym poszedł dynamiczny rozwój szeroko pojętej infrastruktury. Z roku na rok znikają tereny zielone: łąki, pola na rzecz budownictwa komunalnego, jednorodzinnego, sieci dróg , chodników i galerii handlowych. Zwiększa się też liczba samochodów, a co za tym idzie środowisku naturalnemu wydziera się kolejne połacie ziemi pod budowę parkingów. Przestrzeń życiowa płocczan oraz fauny i flory kurczy się w zastraszającym tempie – zwraca uwagę na problem płocka radna Iwona Jóźwicka.

Kilka dni temu na facebookowej tablicy radna zamieściła wpis zatytułowany “Płockie enklawy przyrodnicze”. Iwona Jóźwicka zwraca w nim uwagę na to, co można uratować w naszym mieście, aby było nowocześnie, nie tracąc przy tym zieleni, która szczególnie w Płocku jest na wagę najwyższą – zdrowia płocczan.  – Naszemu miastu nie tylko potrzebna jest świetnie wyposażona służba zdrowia do ratowania naszego życia, ale także i łono natury, gdzie płocczanie mogliby się relaksować i wypoczywać – podkreśla we wpisie. Zauważa, że w tak zdegradowanym środowisku, jakim jest Płock, priorytetową sprawą jest ochrona przyrody, ochrona skrawków i enklaw, które mogą pozostać w stanie nie naruszonym.

Płocka radna wzięła pod lupę jar rzeki Brzeźnicy i jar rzeki Rosicy, które uchwałą Rady Miasta Płocka z 2002 roku stały się zespołem przyrodniczo krajobrazowym. Zespoły są formami ochrony przyrody, fragmentami krajobrazu naturalnego i kulturowego, które leżą w kompetencji samorządu gminnego. Zasługują na bezwzględną ochronę ze względu na swoje walory widokowe, estetyczne i liczne gatunki roślin i zwierząt chronionych – podkreśla Jóźwicka. – Jakie było moje zdziwienie, kiedy wybrałam się na spacer do jaru i zobaczyłam pnie i powycinane ogromne drzewa, praktycznie wykarczowane całe połacie burt jaru – mówi w rozmowie z nami płocka radna.

W Polsce obowiązuje siedem ustaw, liczne rozporządzenia Ministra Środowiska i Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi oraz kilkanaście europejskich konwencji w tym Europejska Konwencja Krajobrazu, która mówi : ,, (…) krajobraz jest kluczowym elementem dobrobytu całości społeczeństwa i jednostek. Jego ochrona, a także gospodarka i planowanie niesie w sobie prawa i obowiązki dla każdego człowieka”.

– Nie zrozumiały jest dla mnie fakt, że do jaru rzeki Brzeźnicy wyrzucane są śmieci, a w Jarze Rzeki Rosicy dokonuje się wycinki drzew, składuje ziemię, która przyczynia się do niwelacji naturalnego spadku nachylenia terenu w stronę rzeki. A już prawdziwą kwintesencją tych gwałtów na żywym organizmie jest fakt, że niektórzy radni nie widzą potrzeby chronienia tych miejsc – czytamy pełne rozgoryczenia słowa płockiej radnej. Dalej podaje przykład głosowania, które miało miejsce podczas posiedzenia Komisji Gospodarki Komunalnej – 19 października 2017 roku. Ośmiu radnych głosowało projekt uchwały w sprawie Zespołu przyrodniczo Krajobrazowego Jaru Rzeki Rosicy w Płocku – chciano zmniejszyć obszar Zespołu z około 40 ha na 32 ha. Krótko mówiąc sześciu z ośmiu radnych, którzy zasiadają w Komisji było za tym, aby okroić – delikatnie rzecz ujmując – o osiem hektarów bezcenny, naturalny, zielony obszar w naszym mieście.

Ciekawe czy ci sami radni byliby za tym, aby ktoś wszedł do ich domów i ot tak po prostu wyrzucił telewizor, komputer czy wyprowadził samochód z garażu. Wtedy podniosłoby się wielkie larum zapewne, bo jakże ktoś śmie to robić, to przecież ich własność. A co z własnością mieszkańców Płocka drodzy radni?

Warto podkreślić, że tylko dwójka radnych – Iwona Jóźwicka i Artur Jaroszewski znany z tego, że walczy o ochronę środowiska i zdrowia płocczan – broniło zielonej enklawy i było przeciwko projektowi uchwały. Nie doszło także do głosowania projektu podczas Sesji Rady Miasta. Prezydent Andrzej Nowakowski zdjął go z obrad.

Za rozwój cywilizacyjny płacimy niestety najwyższą cenę – zdrowie. Każdy chce żyć w coraz lepszych warunkach, coraz nowocześniejszych – eleganckie chodniki, doskonałe drogi, galerie handlowe czy kolorowe, nowe bloki mieszkalne. I to wszystko powstaje, aby społeczeństwo żyło godnie i wygodnie. Dlatego tak bardzo istotna w tym wszystkim jest ochrona terenów zielonych, tych gdzie nie da się raczej nic zbudować. Z drugiej jednak strony ktoś może powiedzieć – jak to się nie da! Polak potrafi nawet na przekór sobie, żeby udowodnić, że można – tak dla pustej zasady, żeby nie powiedzieć… głowy.

Jeżeli już zatem coś mamy, coś naprawdę wartościowego z czego może korzystać całe społeczeństwo długie lata, szanujmy to. Czemu ma zatem służyć wycinka drzew w jarze? Tam nie można zbudować domu, altany czy parkingu. Te drzewa i krzewy przeszkadzają, denerwują, czy może oczyszczają naszą atmosferę? W tym momencie można się już pogubić, bo ten kto odpala piłę spalinową, działa nie tylko na szkodę społeczeństwa, ale także na swoją. Trzeba nie mieć kompletnie wyobraźni, żeby nie zdawać sobie sprawy z tak ważnej rzeczy, jak własne zdrowie.

Fot. Prywatne archiwum Iwony Jóźwickiej.




“Przejścia dla pieszych”, których według prawa nie ma. Czy być powinny?

Przejścia dla pieszych wydają się ostatnio wypadkową zmorą. W krótkim czasie na ulicach Płocka doszło do kilku niebezpiecznych zdarzeń, gdzie piesi praktycznie nie mieli szans w starciu z samochodem. I to właśnie oni stają się ofiarami. Z mniejszymi lub większymi urazami trafiają do szpitala.

Pewnych zdarzeń można uniknąć, co zasygnalizował nam w e-mailu płocczanin zatroskany o zdrowie i życie mieszkańców Płocka. Zwrócił uwagę na “przejścia dla pieszych” przy ulicy Dworcowej. – Sprawa dotyczy czterech przejść, które wedle istniejących przepisów przejściami nie są. Chodzi o przejście przy “Nowatorze”, na skrzyżowaniu z ulicą Lasockiego przy restauracji “Marmaris kebab” i wlocie ulicy Reja w ulicę Dworcową – wymienia Paweł Ogieniewski, mieszkaniec osiedla Dworcowa.

Wzdłuż ul. Dworcowej po obu stronach biegnie chodnik, który łączą przeprawy przez ulice dojazdowe.  – W żaden sposób nie można nazwać ich przejściami dla pieszych – podkreśla nasz czytelnik. – Pomimo występującego w tych miejscach dużego ruchu, nie ma na nich żadnych oznaczeń mówiących o tym, że w tym miejscu mogą przechodzić piesi. Brakuje oznakowania pionowego dla kierowców i poziomego dla pieszych. W zamian widnieją linie podwójne ciągłe w tych miejscach. Pieszy wchodząc na jezdnię, dopuszcza się wtargnięcia na nią i przekraczania jej w miejscu niedozwolonym. Kierowca nie ma obowiązku przepuszczenia w tym miejscu pieszego – zwraca uwagę pan Paweł.

– Przecież to jest “chore”. Niejednokrotnie byłem świadkiem cudem unikniętego potrącenia i wymiany niecenzuralnych słów między kierowcami i pieszymi – nie ukrywa oburzenia.

Według płocczanina mistrzostwem świata jest przeprawa przy restauracji “Marmaris kebab”. – Tu panuje totalne “bezkrólewie”. Chcąc przejść w tym miejscu trzeba się wykazać nie lada sprytem, lawirując miedzy zaparkowanymi samochodami. Aż cud, że w wymienionych przeze mnie miejscach nie doszło jeszcze do poważnego wypadku – czytamy w e-mailu. Czytelnik oznajmia jednocześnie, że podobno ten problem był już zgłaszany, jednak nikt sprawą się nie zainteresował.

Co na to prawo i urzędnicy?

Czytelnik poruszył dwa tematy – kwestię oznakowania przejść dla pieszych i kwestię łamania przepisów w związku z niewłaściwym parkowaniem. – Nie ulega wątpliwości fakt, nieprzestrzegania przepisów przez kierujących pojazdami, którzy parkują w miejscu do tego niedozwolonym. Pomimo istniejącego oznakowania, dochodzi tam często do ich nagannego zachowania i z tą sprawą płocczanin winien zgłosić się bezpośrednio do służb porządkowych (Straż Miejska, Policja) – wyjaśnia nam Konrad Kozłowski z biura prasowego ratusza.

– W sprawie przejść dla pieszych wyjaśniam, że zgodnie  z zapisami Rozporządzenia DZ.U.2003.220.2181 z późniejszymi zmianami :

“Przejścia w miastach należy wyznaczać w zasadzie tylko przez ulice układu podstawowego uznane za trasy z pierwszeństwem; przez pozostałe ulice dopuszcza się wyznaczanie przejść w rejonach szkół i innych obiektów, do których uczęszczają dzieci, lub zakładów przemysłowych, gdzie występuje duża koncentracja ruchu pieszych”.

Zgodnie z zapisami art. 12 ustawy Prawo o ruchu drogowym – “Przechodzenie przez jezdnię poza przejściem dla pieszych jest dozwolone, gdy odległość od przejścia przekracza 100 m. Jeżeli jednak skrzyżowanie znajduje się w odległości mniejszej niż 100 m od wyznaczonego przejścia, przechodzenie jest dozwolone również na tym skrzyżowaniu. Przechodzenie przez jezdnię poza przejściem dla pieszych, o którym mowa w ust. 2, jest dozwolone tylko pod warunkiem, że nie spowoduje zagrożenia bezpieczeństwa ruchu lub utrudnienia ruchu pojazdów. Pieszy jest obowiązany ustąpić pierwszeństwa pojazdom i do przeciwległej krawędzi jezdni iść drogą najkrótszą, prostopadle do osi jezdni”.

Reasumując powyższe – nie ma takiego przepisu, który narzuca obowiązek wyznaczenia przejść w miejscach wskazanych przez mieszkańca Płocka. Zarówno kierowcy jak i piesi mają obowiązek stosowania się do ogólnych przepisów ruchu drogowego. Wyjaśniam także, że zarówno na ul. Dworcowej oraz ul. Chopina w bezpośrednim sąsiedztwie Szkoły Podstawowej nr 21 im. Fryderyka Chopina przejścia dla pieszych są wyposażone w urządzenia zwiększające bezpieczeństwo ruchu drogowego:

– ul. Dworcowa – są zamontowane nad przejściami dla pieszych prześwietlane kasetony ze znakiem D6, wyposażone w oprawę doświetlającą przejście (ze źródłem metalohalogenkowym o mocy 250 W) oraz ostrzegawcze pulsatory diodowe LED dla każdego kierunku ruchu – z zasilaniem buforowym (umożliwiającym ich całodobowe funkcjonowanie). Doświetlenie jest umieszczone na maszcie wysięgnikowym rurowym, z fundamentem betonowym i jest zasilane elektroenergetycznym przyłączem kablowym 0,4 kV.

– ul. Chopina – przejście dla pieszych jest wyposażone w sygnalizację świetlną wzbudzaną przez pieszych, dzięki zmianie stałej organizacji ruchu zostały wydzielone dodatkowe pasy do lewoskrętów, wzdłuż chodnika zostały zamontowane bariery ochronne, uniemożliwiające także parkowanie niezgodne z przepisami oraz został wybudowany na terenie SP21 dodatkowy parking z którego korzystają rodzice przywożący i odwożący dzieci do szkoły.  

Problem zatem prosty nie jest, jednak przepisy jasno go określają. A wniosek nasuwa się sam, tak piesi jak i kierowcy muszą uważać czy to na ulicy Dworcowej, czy na każdej innej – przepisy dotyczą nas wszystkich. Zatem 10 razy się rozejrzeć, zdjąć nogę z gazu i na pewno w takich miejscach mieć ograniczone zaufanie do użytkowników ruchu drogowego. 

 

 




Czołgi i wojsko na ulicach. Powszechny strach i nienawiść w narodzie [FILM]

 – Obywatelki i obywatele Polskiej Rzeczpospolitej Polski Ludowej zwracam się dziś do was jako żołnierz i szef rządu polskiego, zwracam się do was w sprawach wagi najwyższej. Ojczyzna nasza znalazła się nad przepaścią – mówił wtedy generał Wojciech Jaruzelski. 

Dziś mija 36 lat od wprowadzeniu na mocy dekretu Rady Państwa stanu wojennego na terenie całego kraju. Przemówienie, w którym ówczesny prezes rady ministrów informował Polaków o stanie wojennym trwało ponad 22 minuty. Do dziś monotonny głos generała brzmi w uszach wielu naszych rodaków. – Ojczyzna nasza znalazła się nad przepaścią. Dorobek wielu pokoleń wzniesiony z popiołów polski dom, ulega ruinie, struktury państwa przestają działać, gasnącej gospodarce zadawane są codziennie nowe ciosy, warunki życia przytłaczają ludzi coraz większym ciężarem, przez zakłady pracy, przez polskie domy przebiegają linie bolesnych podziałów. Atmosfera niekończących się konfliktów, nieporozumień, nienawiści, sieje spustoszenie psychiczne, kaleczy tradycje tolerancji – uzasadniał Jaruzelski.

Smutny to był czas i jeszcze smutniejsze przemówienie. Miliony Polaków w niedzielę rano – 13 grudnia 1981 roku obudziło się w innej Polsce. Polsce, której nie znali. Wprowadzając stan wojenny wówczas rządzący, rażąco złamali konstytucję RP. Dekret o wprowadzeniu stanu wojennego był niezgodny z obowiązującym wtedy prawem. 

Władze komunistyczne już 12 grudnia rozpoczęły zatrzymywanie działaczy opozycji i “Solidarności”. W ciągu kilku dni w 49 ośrodkach internowania umieszczono około 5 tys. osób. W ogromnej operacji policyjno-wojskowej użyto w sumie 80 tys. żołnierzy, 30 tys. milicjantów, 1750 czołgów, 1900 wozów bojowych i 9 tys. samochodów. Na potrzeby stanu wojennego sporządzono projekty różnych aktów prawnych, wydrukowano w Związku Sowieckim 100 tys. egzemplarzy obwieszczenia o wprowadzeniu stanu wojennego, ustalono listy komisarzy wojskowych mających przejąć kontrolę nad administracją państwową i większymi zakładami pracy, a także wybrano instytucje i przedsiębiorstwa, które miały zostać zmilitaryzowane.

 

Oddziały ZOMO zajęły lokale zarządów regionalnych “Solidarności”, zatrzymując przebywające tam osoby i zabezpieczając znalezione urządzenia łącznościowe i poligraficzne. Do miast skierowano oddziały pancerne i zmechanizowane, które umieszczono przy najważniejszych węzłach komunikacyjnych, trasach wylotowych, głównych skrzyżowaniach, gmachach urzędowych i innych obiektach strategicznych. Przeprowadzono aresztowania wśród niezależnych intelektualistów, w tym także wśród organizatorów i uczestników obradującego w Warszawie Kongresu Kultury Polskiej.

Główne uderzenie nastąpiło jednak w Gdańsku, gdzie w sobotę zebrała się Komisja Krajowa NSZZ “Solidarność” i gdzie w związku z tym przebywało wielu działaczy i doradców związkowych. W ciągu nocy zatrzymano w Gdańsku około 30 członków Komisji Krajowej i kilku doradców. Jednym z nich był Jacek Kuroń, który wspominając okoliczności swojego zatrzymania w gdańskim “Novotelu” w nocy z 12 na 13 grudnia pisał: “Usłyszałem zgrzyt klucza. Przyszli. Jechaliśmy później suką przez nocne miasto. Na ulicach stały czołgi i wozy pancerne. Nawet mnie nie skuli. Mój wierny stróż major Leśniak zapytał: + – No i co, panie Kuroń, warto było? – Pamięta pan, majorze, jak trzy lata temu przyjechaliście wziąć mnie stąd, spod Gdańska?+ – odpowiedziałem pytaniem na pytanie. – +Przyjechaliście wtedy w cztery fiaty. A dzisiaj, widzi pan sam, ile czołgów i wojska musieliście wyprowadzić na ulice, żeby mnie wziąć+” (J.Kuroń “Gwiezdny czas”).

O godzinie pierwszej w nocy w Belwederze zebrali się członkowie Rady Państwa, teoretycznie najważniejszego urzędu PRL. Większość z nich nie wiedziała jednak, jaki był cel tego nocnego spotkania. Po półtoragodzinnych obradach członkowie Rady Państwa przyjęli przedstawiony im dekret o wprowadzeniu stanu wojennego oraz towarzyszące mu dokumenty, przeciwko głosował jedynie przewodniczący PAX – Ryszard Reiff. Wszystkie przyjęte dokumenty były antydatowane i nosiły datę 12 grudnia 1981 r.

W specjalny sposób potraktowany został przez autorów stanu wojennego przewodniczący “Solidarności” Lech Wałęsa.

Ostatecznie Wałęsa oświadczył, iż pod przymusem zgadza się jechać do Warszawy. Przewodniczący “Solidarności” odrzucił przedstawiane mu przez władze komunistyczne propozycje współpracy. Został internowany i odizolowany od innych działaczy “Solidarności”. Po pobycie w Chylicach i Otwocku umieszczono go ostatecznie w ośrodku rządowym w Arłamowie.

W sumie w pierwszych dniach stanu wojennego internowano około 5 tys. osób, które przetrzymywano w 49 ośrodkach odosobnienia na terenie całego kraju. Łącznie w czasie stanu wojennego liczba internowanych sięgnęła 10 tys., w więzieniach znalazła się znaczna część krajowych i regionalnych przywódców “Solidarności”, doradców, członków komisji zakładowych dużych fabryk, działaczy opozycji demokratycznej oraz intelektualistów związanych z “Solidarnością”.

W celach propagandowych zatrzymano także kilkadziesiąt osób z poprzedniej ekipy sprawującej władzę, m.in. Edwarda Gierka, Piotra Jaroszewicza i Edwarda Babiucha.

Na podstawie dekretu o stanie wojennym zawieszono podstawowe prawa i wolności obywatelskie, wprowadzono tryb doraźny w sądach, zakazano strajków, demonstracji, milicja i wojsko mogły każdego legitymować i przeszukiwać.

Wprowadzono godzinę milicyjną od godz. 22 do godz. 6 rano, a na wyjazdy poza miejsce zamieszkania potrzebna była przepustka. Korespondencja podlegała oficjalnej cenzurze, wyłączono telefony, uniemożliwiając między innymi wzywanie pogotowia ratunkowego i straży pożarnej. Większość najważniejszych instytucji i zakładów pracy została zmilitaryzowana i była kierowana przez ponad 8 tys. komisarzy wojskowych. Zakazano wydawania prasy, poza “Trybuną Ludu” i “Żołnierzem Wolności”. Zawieszono działalność wszystkich organizacji społecznych i kulturalnych, a także zajęcia w szkołach i na wyższych uczelniach.

Oficjalnie administratorem stanu wojennego była 21-osobowa Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego z gen. Wojciechem Jaruzelskim na czele. W praktyce była ona jednak ciałem fasadowym. Najważniejsze decyzje w okresie stanu wojennego podejmowała nieformalna grupa wojskowych oraz członków partii nazywana dyrektoriatem. W jej skład obok gen. Jaruzelskiego wchodzili: gen. Florian Siwicki (wiceminister obrony narodowej), gen. Czesław Kiszczak (minister spraw wewnętrznych), gen. MO Mirosław Milewski (sekretarz KC), Mieczysław F. Rakowski (wicepremier), Kazimierz Barcikowski (sekretarz KC) i Stefan Olszowski (sekretarz KC).

14 grudnia rozpoczęły się niezależnie od siebie strajki okupacyjne w wielu dużych zakładach przemysłowych. Strajkowały huty, w tym największa w kraju “Katowice” oraz im. Lenina, większość kopalń, porty, stocznie w Trójmieście i Szczecinie, największe fabryki, takie jak: WSK w Świdniku, Dolmel i PaFaWag we Wrocławiu, “Ursus” czy Zakłady Przemysłu Odzieżowego im. Juliana Marchlewskiego w Łodzi. Strajkowano w sumie w 199 zakładach (w 50 utworzono komitety strajkowe), na około 7 tys. istniejących wtedy w Polsce przedsiębiorstw.

W 40 zakładach doszło do brutalnych pacyfikacji strajków, przy użyciu oddziałów ZOMO i wojska, wyposażonego w ciężki sprzęt. Szczególnie dramatyczny przebieg miały strajki w kopalniach na Górnym Śląsku, gdzie górnicy stawili czynny opór. 16 grudnia 1981 r. w Kopalni Węgla Kamiennego “Wujek” w trakcie kilkugodzinnych walk milicjanci użyli broni palnej, zabijając 9 górników. 23 grudnia przy wsparciu czołgów i desantu ze śmigłowców udało się stłumić strajk w Hucie “Katowice”. Najdłużej trwały strajki w kopalniach “Ziemowit” (do 24 grudnia) i “Piast” (do 28 grudnia), w których zdecydowano się prowadzić protest pod ziemią.

W grudniu 1981 r. doszło do demonstracji ulicznych m.in. w Warszawie, Krakowie i Gdańsku. Największa z nich, w trakcie której milicjanci zastrzelili jednego z uczestników, odbyła się w Gdańsku. Wprowadzając stan wojenny władze komunistyczne nie zdecydowały się zaatakować bezpośrednio Kościoła katolickiego. Prymas Józef Glemp od początku apelował o spokój i zażegnanie bratobójczych walk, domagając się jednocześnie uwolnienia internowanych i aresztowanych oraz powrotu do dialogu z “Solidarnością”. 13 grudnia w wygłoszonym kazaniu apelował do robotników, by nie narażali życia: “Będę wzywał o rozsądek nawet za cenę narażenia się na zniewagi i będę prosił, nawet gdybym miał boso iść i na klęczkach błagać: +Nie podejmujcie walk Polak przeciw Polakowi+”.

Przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego wystąpiły Stany Zjednoczone i inne kraje zachodnie. 23 grudnia 1981 r. prezydent USA Ronald Reagan ogłosił sankcje ekonomiczne wobec PRL, a kilka dni później podał do wiadomości, iż obejmą one także Związek Sowiecki, który jego zdaniem ponosił “poważną i bezpośrednią odpowiedzialność za represje w Polsce”. W ciągu następnych tygodni do sankcji ekonomicznych przeciwko Polsce przyłączyły się inne kraje zachodnie.

31 grudnia 1982 r. stan wojenny został zawieszony, a 22 lipca 1983 r. odwołany, przy zachowaniu części represyjnego ustawodawstwa. Dokładna liczba osób, które w wyniku wprowadzenia stanu wojennego poniosły śmierć, nie jest znana. Przedstawiane listy ofiar liczą od kilkudziesięciu do ponad stu nazwisk. Nieznana pozostaje również liczba osób, które straciły w tym okresie zdrowie na skutek prześladowań, bicia w trakcie śledztwa czy też podczas demonstracji ulicznych” [źródło:PAP]

Warto znać tę historię, przekazywać z pokolenia na pokolenie. Oby nigdy nie doszło w naszym pięknym, demokratycznym kraju do podobnych tragedii…

Poniżej film – skrót wydarzeń z tamtego okresu




Nowe przedsiębiorstwo na terenie PPP-T w Płocku. Wkrótce otwarcie

W Płocku wybudowano ośrodek ekspedycji wyrobów stalowych z funkcją usługowo-produkcyjną, który będzie obsługiwał centralny region Polski. Inwestycja zrealizowana została przez Przedsiębiorstwo Wielobranżowe Centrostal – Wrocław S.A. Uroczyste otwarcie firmy już w najbliższą środę, 13 grudnia.

Zajmuje grunt o powierzchni niemal 1 hektara, usytuowany przy ulicy Kobiałka w Płocku na terenie Płockiego Parku Przemysłowo-Technologicznego. Powierzchnia magazynowo-biurowa nowego centrum wynosi ponad 1,2 tys. m kw. Całkowita wielkość nakładów finansowych związanych z realizacją inwestycji opiewa na kwotę ponad 3,5 miliona złotych. W nowym obiekcie zatrudnienie znajdzie docelowo 12 pracowników działu sprzedaży oraz obsługi magazynu.

Efektywna współpraca inwestora z samorządem miejskim oraz płockim PPP-T przyniosła efekt w postaci szybkiego tempa procesu inwestycyjnego. Budowa trwała 8 miesięcy, a umowę sprzedaży nieruchomości przeznaczonej pod inwestycję zarząd PPP-T podpisał z inwestorem dokładnie rok temu.

Przedsiębiorstwo Wielobranżowe „Centrostal – Wrocław” Spółka Akcyjna jest dystrybutorem pełnego asortymentu wyrobów hutniczych oraz producentem prefabrykatów zbrojeniowych z ponad 60 – letnią tradycją i doświadczeniem na rynku. Spółka wykonuje ponadto specjalistyczne usługi na wyrobach hutniczych, takich jak czyszczenie (śrutowanie) kształtowników i blach stalowych, cięcie na wymiar wyrobów długich czy cięcie i wypalanie pod wymiar blach. Klientami przedsiębiorstwa są głównie krajowe firmy z szeroko rozumianej branży budowlanej (budownictwo przemysłowe, mieszkaniowe, użyteczności publicznej) oraz przedsiębiorstwa produkcyjne wszystkich branż przemysłu. Grupami docelowymi są więc dla spółki praktycznie wszystkie sfery gospodarcze zużywające stal: od dużych przedsiębiorstw przemysłowych oraz budowlanych do małych firm, oraz klientów indywidualnych.

Przedsiębiorstwo zaopatruje na bieżąco ponad 3,5 tys. klientów. Ma ono ugruntowaną pozycję na rynku i prowadzi działalność handlową łącznie w jedenastu obiektach, rozmieszczonych na terenie Dolnego Śląska (centrala firmy oraz magazyn główny we Wrocławiu; w Legnicy; Głogowie; Wałbrzychu; Bolesławcu; Jeleniej Górze), województwa opolskiego (w Opolu), lubuskiego (w Żarach), łódzkiego (w Łodzi), wielkopolskiego (w Kaliszu) oraz mazowieckim (w Płocku).

Na szczególną uwagę zasługuje fakt, iż jest jedną z niewielu spółek w branży stalowej, których udziałowcami w 100 proc. są prywatni, krajowi inwestorzy. Płocki ośrodek firmy Centrostal -Wrocław pełnić będzie rolę regionalnego centrum dystrybucji wyrobów hutniczych, m.in. rur stalowych, walcówki, prętów żebrowanych, blach stalowych, ocynkowanych, powlekanych, kształtowników zamkniętych, stali jakościowej, nierdzewnej, kwasoodpornej, siatek zgrzewanych i innych, a także produkcji prefabrykatów zbrojeniowych. Oddział prowadzić będzie współpracę przede wszystkim z kontrahentami z Polski środkowej.

Fot. Zdjęcia poglądowe Centrostal-Wrocław.




Płock zyskuje kolejne punkty w ratingach. Jest coraz lepiej

Polityka władz Miasta mająca na celu racjonalizację wydatków przyczyniła się do poprawy wyników operacyjnych Płocka, płynności oraz niższego zapotrzebowania na dług – czytamy w raporcie Fitch Ratings.

Agencja podniosła międzynarodowe długoterminowe ratingi Płocka dla zadłużenia w walucie zagranicznej i krajowej z „BBB” do „BBB+” oraz krajowy rating długoterminowy z „AA-(pol)” do „AA(pol)”. Perspektywa ratingów – według analityków – jest stabilna.

Kilka dni temu Fitch opublikował raport o ratinaganch dla naszego miasta. Płock zyskuje kolejne punkty. Fitch podniósł międzynarodowy rating dla zadłużenia w walucie krajowej do „BBB+” z „BBB” oraz długoterminowy rating krajowy do „AA(pol)” z „AA-(pol)” dla niezabezpieczonych obligacji zwykłych wyemitowanych przez Płock i pozostałych do wykupu na kwotę 48,0 mln zł oraz 86,9 mln zł. Podniesienie ratingów odzwierciedla opinię Fitch, że w średnim okresie Miasto będzie osiągało dobre wyniki operacyjne, marża operacyjna będzie wynosić 12 proc., a wskaźnik zadłużenie do nadwyżki bieżącej (wskaźnik spłaty długu) to około 5 lat.

Zdaniem Fitch w średnim okresie nadwyżka operacyjna Płocka będzie wynosiła średnio 100 mln zł, co będzie się przekładać na marżę operacyjną na poziomie około 12 proc. Prognozowana nadwyżka operacyjna będzie 1,9 razy wyższa od rocznej obsługi zadłużenia (rata plus odsetki). W 2017 roku wyniki operacyjne mogą być wyjątkowo wysokie wspierane przez dodatkowe dochody z CIT (30 mln zł). Nadwyżka operacyjna może wynieść około 140 mln zł, a marża operacyjna ponad 15 proc. Jednak nawet po wyłączeniu nadzwyczajnych dochodów marża operacyjna wyniosłaby 12,6 proc, tj. powyżej wyników odnotowanych w 2016 r. (97 mln zł i 11,9 proc.).

Polityka władz Miasta mająca na celu racjonalizację wydatków przyczyniła się do poprawy wyników operacyjnych Płocka, płynności oraz niższego zapotrzebowania na dług. Oprócz dochodów mających jednorazowy charakter otrzymanych w 2016 r. i 2017 r. na poprawę wyników operacyjnych wpłynęło przede wszystkim utrzymanie tempa wzrostu wydatków operacyjnych poniżej tempa wzrostu dochodów operacyjnych. Analitycy z Fitch szacują, że w 2017 r. wydatki operacyjne wzrosną o 5,7 proc., tj. wolniej niż dochody operacyjne o 6,5 proc. (wyłączając dochody jednorazowe). Zdaniem Fitch zmiany w zarządzaniu finansami Miasta są czynnikiem wspierającym rating.

Fitch pozytywnie postrzega również zmianę polityki zarządzania długiem, która zakłada zaciąganie długoterminowego długu na korzystnych warunkach z Europejskiego Banku Inwestycyjnego (EBI). W średnim okresie Płock planuje zaciągnąć 150 mln zł z EBI z 5-letnim okresem karencji i 15-letnim okresem spłaty. Płynność Miasta również się poprawiła, średnie stany gotówki na rachunku Miasta wynosiły 41 mln zł w okresie od stycznia do października 2017 r. w porównaniu do 10 mln zł w 2016 r. Zdaniem Fitch zadłużenie Miasta pozostanie umiarkowane na poziomie 55 proc. dochodów bieżących. Nominalnie zadłużenie może wynieść 490 mln zł w 2020 r. (2017 r.: 474 mln zł według wstępnych danych), kiedy Płock zaciągnie kredyt z EBI na finansowanie swojego programu inwestycyjnego.

Agencja ratingowa oczekuje, że wydatki majątkowe Miasta wzrosną do około 230 mln zł w 2018 r. (2017 r.: 190 mln zł – wstępne dane), a następnie będą spadać. Inwestycje będą w większości (90 proc.) finansowane z dochodów majątkowych (głównie dotacji unijnych) i z nadwyżki bieżącej, ograniczając potrzeby pożyczkowe Miasta. Płock rozpoczął w 2016 r. realizację dwóch dużych inwestycji (drugi etap budowy obwodnicy i inwestycje w transport miejski). Oba projekty są priorytetowe dla Miasta i powinny zostać zakończone w 2018 r.

Dzięki bogatej bazie podatkowej elastyczność finansowa Płocka jest znacznie większa niż innych miast o podobnej wielkości. Spółki z sektora petrochemicznego umożliwiają wysokie wpływy z podatku od nieruchomości do budżetu Miasta tj. ponad 50 proc. dochodów podatkowych. Drugim największym źródłem dochodów podatkowych są wpływy z PIT.

Ratingi mogą zostać podniesione, jeśli nastąpi dalsza poprawa wyników operacyjnych Miasta, a jednocześnie wskaźniki zadłużenia pozostaną dobre, a także wskaźnik spłaty długu w sposób trwały będzie wynosił poniżej 5 lat. Ratingi mogą zostać również obniżone, jeśli wyniki operacyjne Miasta pogorszą się, a jednocześnie znacząco wzrośnie jego zadłużenie, co wpłynie na pogorszenie się wskaźnika spłaty długu powyżej 10 lat w sposób trwały.

Przypomnijmy. Fitch Ratings to amerykańska agencja ratingowa. Publikuje ratingi, w których ocenia ponad 5700 instytucji finansowych, ponad 200 przedsiębiorstw oraz 100 państw. Jej siedziby znajdują się w Nowym Jorku i Londynie.

Tekst źródłowy: Fitch Ratings.




Ma około 100 lat, jest świadkiem historii Płocka. Może stać się żywym pomnikiem, ale…?

Możemy w Płocku mieć wspaniały pomnik przyrody, który w świetle sejmowych ustaw, może okazać się na wagę złota. Póki co nikt jeszcze kasztanowca zwyczajnego nie tknął piłą spalinową. Wkrótce jednak może się to zmienić, a kasztanowce z ulicy Swojskiej znikną z powierzchni ziemi. Na co z niepokojem zareagował mieszkaniec Płocka, Patryk Mieszkowicz oraz płocki radny Wojciech Hetkowski (SLD).

Rzeczony kasztanowiec zwyczajny – jak wynika z tabel autorstwa profesora Longina Majdeckiego – rośnie w naszym mieście od około 100 lat. Jest zatem świadkiem całego wieku historii grodu nad Wisłą. Kilka tygodni temu płocczanin złożył do urzędu miasta w Płocku wniosek o ustanowienie kasztanowca pomnikiem przyrody. Na dodatek zaproponował, aby patronem drzewa został Marcin Kacprzak –  urodzony w 1888 roku wybitny lekarza, pionier medycyny społecznej w Polsce, a także współorganizatora Światowej Organizacji Zdrowia (WHO). Płocczanin fachowo i rozsądnie uzasadnił swój postulat. Z niecierpliwością czekał na odpowiedź. W tym samym czasie w całą sprawę zaangażował się płocki radny Wojciech Hetkowski, który złożył interpelację w tej sprawie. – Jest to wyjątkowe drzewo, którego wiek jest szacowany na ok. 100 lat. Ma wysokość ok. 9 m, obwód pierśnicy przekraczający 200 cm. Drzewo wyróżnia się niezwykłą urodą i dobrym stanem. Podzielam wniosek i dodatkowo proszę o udzielenie mi informacji o losach unikatu – napisał radny. Do dziś na swoje zapytanie nie otrzymał odpowiedzi.

Za to kilka dni temu Patryk Mieszkowicz otrzymał pismo z płockiego ratusza, w którym niestety odrzucono wniosek zatroskanego o stan przyrody w naszym mieście płocczanina. – (…) istniejący projekt inwestycji pn. “Przebudowa ulicy Kombatantów i utwardzenie ulicy Swojskiej wraz z brakującą infrastrukturą w Płocku w zakresie: budowa ulicy Swojskiej wraz z brakującą infrastrukturą” – uzasadnia urząd miasta. Remont ulicy ma się rozpocząć w pierwszej połowie 2018 roku. Zdaniem urzędników kasztanowiec w znaczący sposób utrudni realizację opisanej wyżej inwestycji. W odpowiedzi z ratusza czytamy również, że rozmowy z mieszkańcami oraz analizy projektu technicznego nie pozwalają na zmianę przebiegu ulicy w celu ocalenia istniejącego drzewostanu.

Płocczanin nie zwlekając napisał odwołanie. – (…) Z przykrością stwierdzam, że stanowczo nie mogę się zgodzić z użytą w tej w decyzji argumentacją. W związku z powyższym proszę o ponowne rozpatrzenie wniosku (…). Art. 40 ust 3 ustawy o ochronie przyrody z 16 kwietnia 2004 roku stanowi, że Minister właściwy do spraw środowiska ustali kryteria uznawania tworów przyrody za pomniki przyrody. Minister ten dotąd kryteriów tych nie ustalił. Rozumiem, że sprawa przez to jest skomplikowana. Propozycja Ligi Ochrony Przyrody będącej stowarzyszeniem o statusie organizacji pożytku publicznego w moim odczuciu powinna być rozumiana jednak tylko jako sugestia, nie zaś jako kryterium ostateczne.Wybitny polski botanik, profesor Uniwersytetu Poznańskiego Adam Wodziczko w swojej publikacji „Na straży przyrody. Wiadomości i wskazania z dziedziny ochrony przyrody” z 1948 roku wydanej przez Państwową Radę Ochrony Przyrody podaje minimalne obwody pni drzew w pierśnicy kwalifikujące je do uznania za pomnik przyrody. Dla kasztanowca białego podaje obwód 210 cm. W takim wypadku wspomniane przeze mnie drzewo przekracza ten obwód o 60 cm. – napisał Patryk Mieszkowicz. Dalej podał przykład kilku pomników przyrody, które są kasztanowcami białymi, na dodatek są znacznie młodsze i mniejsze od płockiego drzewa przy ulicy Swojskiej na Podolszycach. – Sprawę tego drzewa jak i całej alei na ulicy Swojskiej podejmowałem wśród mieszkańców Podolszyc, moich sąsiadów i bliskich, a także przy użyciu portali społecznościowych. Jak dotąd nie natrafiłem nawet na jeden głos sprzeciwu, a wręcz na same poparcie mojego wniosku – napisał płocczanin w swoim piśmie.

Poprosiliśmy kilku płockich radnych o ustosunkowanie się do całej sprawy. Nie uzyskaliśmy odpowiedzi od Tomasza Kominka (PSL), Michała Sosnowskiego (PSL). Barbary Smardzewskiej – Czmiel (PiS) – Pomysł utworzenia pomnika przyrody przy ul. Swojskiej  wpisuje się w aktualny trend ochrony drzew wobec  często nieuzasadnionej i kontrowersyjnej ich wycinki. Nie tylko ekolodzy biją na alarm że niszczone są zielone płuca miasta i powstaje coraz więcej betonowych przestrzeni. Każdy przypadek usuwania drzedwostanu należy jednak analizować w kontekście potrzeb i przyczyn a te – w tym przypadku – nie są jednoznaczne bo przecież na inwestycję drogową czeka wielu mieszkańców. Mam nadzieję że urzędnicy miejscy znajdą jednak kompromis i zrealizują inwestycję bez usuwania tego 100-letniego kasztanowca – napisała płocka radna. Odpowiedzi również udzieliła nam również radna Wioletta Kulpa (PiS) – Pomysł jest bardzo dobry i dobra propozycja. Należy zastanowić się jedynie, jak to rozwiązać – odniosła się do naszego pytania Kulpa. – W tym przypadku sprawa jest bardzo złożona i nie dotyczy samego drzewa ale także inwestycji – drogi. Wiem że zdania są podzielone wśród mieszkańców. Żeby odpowiedzieć na to pytanie trzeba poznać dokładnie szczegóły sprawy – odpowiedziała nam z kolei radna Daria Domosławska (PO). Przyznała także, że rozmawiała w tej sprawie z dyrektor Żelechowską – Syską z Urzędu Miasta Płocka. – Poinformowała mnie, że niebawem pojawią się kryteria, które pozwolą Kasztanowce ustanawiać pomnikami – napisała radna w odpowiedzi na nasze pytanie. Do sprawy ustosunkował się też radny Michał Twardy (PSL). – Oczywiście jestem za pomnikiem przyrody w naszym mieście – czytamy w wiadomości.

Może zatem warto pomyśleć nad propozycją płocczanina. Dziś, kiedy zewsząd otacza nas coraz więcej smogu, z którym walczy się… ustawami i uchwałami, może warto przemyśleć czy natura nie zrobi tego za nas. Na dodatek Płock wzbogaciłby się o pomnik najcenniejszy w dzisiejszym świecie – naturalny i życiodajny. Wystarczy jednak odrobina dobrej woli…

 




Nie obsłużono rodziny z niepełnosprawnym dzieckiem w płockim lokalu. Przykre…

“Skandaliczne zachowanie, utwierdza tylko w tym, żeby omijać miejsce szerokim łukiem”, “przykro”, “pizzeria Buractwo chyba…”, “zawsze te pięć gwiazdek na ich fanpagu można skorygować” – to zaledwie kilka komentarzy na Facebooku, które pojawiły się pod wpisem Piotra Nowaka, znanego płocczanina, który jest osobą niepełnosprawną i jeździ na wózku inwalidzkim.

– Zaprosiłem dziś rodzinkę do nowej pizzerii, o której słyszałem same pozytywy – zaczyna się opis sytuacji na profilu Piotra. Państwo Nowakowie wybrali się z synem, aby coś zjeść w pizzerii Burrata w Płocku. Z wpisu wynika, że już od drzwi zostali przyjęci bardzo źle. – Pani stojąca przy ladzie stwierdziła, że nie ma wolnych miejsc, a na uwagę żony, że jest kilka wolnych stolików powiedziała, że jak się zmieścimy w godzinę to nas posadzi – czytamy we wpisie. Rodzinę posadzono na końcu sali i… czekali. Cierpliwość skończyła się po 25 minutach. Państwo Nowakowie z synem opuścili lokal. Co bardzo ważne – jak wynika z postu – przez ten czas obsługa podchodziła do stolików i przyjmowała zamówienia, a także sprzątała na sali. Omijając rodzinę z niepełnosprawnym synem.

Okazało się również, że w lokalu nie było ani kierownika, ani właściciela, ani managera, do którego można by złożyć skargę, bądź zwrócić uwagę. Skontaktowaliśmy się z płocką pizzerią, również nie zastaliśmy nikogo z kadry kierowniczej. Zostawiliśmy nasz numer telefonu z prośbą o kontakt i ustosunkowanie się do całej sytuacji. Po kilku minutach zadzwoniła do nas pani Marta, manager i właścicielka lokalu.

– Faktycznie taka sytuacja miała miejsce. Sprawdziliśmy monitoring, każde słowo w poście pana Piotra jest prawdą – przyznawała. – Pracownicy potraktowali tych państwa bardzo źle. Jest mi bardzo przykro z tego powodu, to niedopuszczalna sytuacja – tłumaczyła. – Bardzo chciałam przeprosić całą rodzinę pana Piotra. Szukam kontaktu do tych państwa, na pewno postaram się zrewanżować, za to co ich spotkało u nas w lokalu. Jest mi bardzo przykro, że doszło do takiej sytuacji – podkreślała.

Przykre, smutne, żal i wstyd. Nie wiadomo jak do tego podejść. Jedyne co przychodzi do głowy, to może warto by było odwrócić sytuację i pracowników płockiej pizzeri posadzić na miejscu państwa Nowaków. Potraktować ich w ten sam sposób.  – Swoją drogą to trudno uwierzyć, że w 2017 roku jest jeszcze takie podejście do niepełnosprawności. Kilka dni temu obchodziliśmy Dzień Osób Niepełnosprawnych, było fajnie, ciepłe słowa, a później… – kończy się wpis na Facebooku u Piotra tymi bardzo smutnymi słowami. 

 

Fot. Archiwum prywatne Piotra Nowaka.