Falstart…

image_pdfimage_print

Różne początki miała w tym sezonie Wisła Płock. Na inaugurację potrafiła ograć Lechię, ale już rundę rewanżową w Gdańsku zaczęła bez chociażby punktu. W pierwszym meczu wiosny 2017 Nafciarze uratowali z kolei remis ze Śląskiem Wrocław, a w rundzie finałowej stracili dwa punkty z Ruchem Chorzów.

Nie można nazwać tego inaczej. Niebiescy do Płocka przyjechali bez najlepiej punktującego w klubowej klasyfikacji kanadyjskiej Patryka Lipskiego (6 bramek + 5 asyst), oddali dwa celne strzały – po jednym w pierwszej i drugiej połowie – i do domów wrócą z cennym jednym punktem. Oni swoją misję na pewno zrealizowali.

Optyka Wiślaków powinna być jednak całkowicie inna, choć celnych strzałów w statystykach płocczan odnotowano tylko o jeden więcej (3), a dwa zostały oddane z rzutów karnych.

Z gry zawodnicy Marcina Kaczmarka stworzyli sobie tak naprawdę dwie wyborne sytuacje. W pierwszej połowie dośrodkowanie Cezarego Stefańczyka zepsuł Mateusz Piątkowski, a po zmianie stron wrzutkę Giorgi Merebaszwilego i późniejsze zgranie Arkadiusza Recy zmarnował bohater poprzedniego meczu Wisła – Ruch – Piotra Wlazło, który fatalnie przestrzelił z kilku metrów. Do tego dochodzi jeszcze słupek Jose Kante z 29. minuty po centrze z rzutu rożnego.

Pomimo wszystko wydaje się, że to wystarczająca liczba stworzonych okazji, aby ograć u siebie wałęsający się w ogonie tabeli Ruch Chorzów. W przeciwieństwie do spotkania z Cracovią, a zarazem podobnie jak w trzech ostatnich ligowych starciach (Lech, Arka, Ruch) Nafciarze mają problem ze skutecznością, a właściwie jej brakiem.

Od 50. minuty i karnego wykorzystanego przez Kante położenie Wisły było naprawdę komfortowe. Swoje boisko, Ruch nie potrafiący zbytnio przedostać się pod pole karne debiutującego Mateusza Kryczki, wreszcie okazja Wlazło na 2-0 w 64. minucie. Nawet po straconej bramce (uderzenie Jakuba Araka nie do obrony) płocczanie dostali drugiego karnego, którego nie wykorzystał Merebaszwili.

Jak na konferencji prasowej mówił trener Kaczmarek:

Gruzin wyrwał się więc przed szereg, strzelił źle, Hrdlicka obronił. Widać Mereba nie jest wtajemniczony w ten zakład:

Podsumowując gospodarze w sobotę mieli wszystko, żeby wygrać, a skończyli z marnym punktem. Niby lepsze to niż nic, ale na pewno nie tak miało być.

CZYTAJ DALEJ